Powered By Blogger

środa, 20 stycznia 2021

Lodowa Powłoka - Rozdział 29

 Kochani! Mamy to. 29 rozdział. 

Ostrzegam o długim wstępie, więc jeśli kogoś nie za bardzo to interesuje, zapraszam kawałek niżej na rozdział :) Jeśli ktoś ze starych czytelników jeszcze tu zagląda to jest mi niesamowicie miło i bardzo Wam dziękuję za cierpliwość. Jeśli pojawili się jacyś nowi to również się cieszę i witam Was serdecznie :) 31 grudnia 2020 roku odeszłam z pracy, która wysysała ze mnie chęci do życia. Sprawa z pracą wyglądała tak, że przez 6 dni w tygodniu pracowałam a jeden (niedzielę) miałam wolną. Osoby, które pracują w takim systemie wiedzą, że człowiek długo tak nie wytrzyma. Mimo że pracowałam 8 godzin, to musiałam dotrzeć do pracy i z niej wrócić. Mimo obecnej sytuacji pandemicznej w mojej pracy nic się nie zmieniło. Wszystko wyglądało tak jak przed pandemią. Po dniówce miałam dość wszystkiego i wszystkich. Marzyłam tylko o odpoczynku i niewymagającej rozrywce. Pisanie w niedzielę - jedyny wolny dzień - przyprawiało mnie o ból głowy. Posprzątałam w domu, spotkałam się ze znajomymi i okazało się, że musiałam kłaść się spać bo w poniedziałek rano do pracy. Tak, tłumaczę się. Tłumaczę swoje lenistwo do prowadzenia bloga i ogólny spadek zainteresowania tym. Szlag mnie trafiał jak miałam poświęcić tą przeklętą niedzielę na wymyślanie rozdziału. Zamiast tego zaczęłam oglądać seriale, czytać książki i komiksy. Zajmowało to mniej czasu i sprawiało mi więcej radości. Zastanawiałam się nad całkowitym skończeniem z blogiem. Przestałam mieć nawet ochotę na czytanie komentarzy, ponieważ bałam się, że zacznę czuć się winna. Ktoś czeka na rozdział, mimo ponad dwóch lat przerwy wciąż czeka na moje wypociny. A ja co? Wracałam do domu, dostawałam powiadomienie o komentarzu, myślałam czy i co odpisać, wracałam do obowiązków domowych, wylatywało mi z głowy i tak się zbierało. Zaczęte teksty leżące w folderze "Blog" nigdy nie miałyby ujrzeć światła dziennego. I aż do końca grudnia przestało mieć to dla mnie znaczenie.

Jednak coś się zmieniło. Parę dni po uwolnieniu się z tamtej pracy oglądałam filmik, na którym dziewczyny z BookTube'a mówiły o swoich starych opowiadaniach. Wtedy przeszło mi przez myśl, że od bardzo dawna nie zaglądałam do folderu "Blog". Aż w którymś z pierwszych dni stycznia zajrzałam. Następnego dnia znowu to zrobiłam. Dopiero wtedy, gdy miałam dużo czasu i brak jakichkolwiek rozpraszaczy (wiecie, bary i kluby zamknięte na cztery spusty, masowe zgromadzenia zakazane) zdałam sobie sprawę jak tęskniłam za moimi postaciami, ich losami. Wierzcie lub nie, ale w kilka dni moja miłość do tworzenia wróciła i jestem z tego powodu niesamowicie szczęśliwa. Obecnie szukam pracy, ale takiej, w której będę miała chociaż dwa dni wolnego. Nie uważam tego za jakieś wygórowane żądania, aczkolwiek wiem, że w dzisiejszych czasach raczej ludzi zwalniają z zakładów niż zatrudniają. No, zobaczymy jak to wszystko się potoczy. Wiem dwie rzeczy - odejście z pracy było jedną z najlepszych decyzji w moim życiu, powrót do pisania mnie uszczęśliwił. Nie mówię w jakich odstępach czasu będą się pojawiać kolejne rozdziały bo nie zamierzam robić Wam i sobie nadziei. ALE! Skończę Lodową Powłokę tak jak na to zasługuje i Wy zasługujecie, choćby świat się palił, walił czy nagle kometa uderzyła w Ziemię. Wytrwałych, którzy przebrnęli przez tę litanię zapraszam na rozdział :) I jeszcze raz dziękuję.





    Zapach kwiatów dotarł do jego nozdrzy jak tylko kamerdyner otworzył im drzwi. Przekroczywszy próg natychmiast dało się poczuć słodki, ale nie mdlący, całkiem przyjemny aromat. Zatrzymał się dwa kroki od wieszaka na ubrania, które odebrał od nich i powiesił siwiejący mężczyzna. Chwilę później postać ubrana w czarny, elegancki garnitur oddaliła się bez słowa. Zamierzając zdjąć buty Charlie pochylił się i niemal ujrzał w ciemnej drewnianej podłodze swoje odbicie. Wypucowana na błysk, pomyślał. Wyprostował się i nagle zesztywniał, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę gdzie jest. Obawiał się wykonać jakiegokolwiek ruchu. Czuł się co najmniej nie na miejscu. W przeciwieństwie do mieszkania Rene – ten pałac był pełen przepychu.

    W olbrzymim holu wisiał zjawiskowy diamentowy żyrandol. Nie zdziwiłby się gdyby naprawę został wykonany z najcenniejszych klejnotów. Marmurowa rzeźba kobiety w wymiarach jeden do jednego robiła piorunujące wrażenie, co tylko upewniało go, jaka przepaść dzieli jego i tych ludzi. Wydawało mu się, że jest w muzeum, takim prestiżowym, zabytku z górnej półki, gdzie za wstęp płaci się grube tysiące. Białe ściany przytłaczały czystością, bardziej niż te w ich domu, w Akron. Dywany były tak wyszorowane, że bał się chodzić po nich w butach, a co Rene bez skrępowania robił, podobnie jak kamerdyner. Gdyby był u rodziców, matka by go z miotłą za to pogoniła, lecz tutaj było to normalne.

    Wysokie na kilka metrów kolumny podtrzymywały otwarte pierwsze piętro. Gdzieś na górze mógł zobaczyć wielką szafę z czymś błyszczącym w środku. Z tej odległości nie potrafił opisać co mogło się tam znajdować. Wydawało mu się jednak że jak to bywało w tego rodzaju posiadłościach – które widział w filmach – pewnie barek z przeróżnymi rodzajami alkoholu. Miał jeszcze chwilę, by poprzyglądać się wnętrzu tegoż pałacu. Jakieś pięć metrów dalej dostrzegł kominek, a wokół niego ustawione; dwie skórzane sofy – białe rzecz jasna, szklany stół, a bezpośrednio naprzeciwko kominka elegancki, godny królowej śnieżny fotel. W centralnej części stołu stał wazon w kształcie kieliszka do martini, w którym prezentowały się żółte irysy. Była to jedyna rzecz różniąca się barwą i dodająca choć odrobiny życia w tym ponurym, zimnym i przytłaczającym – jego zdaniem – wnętrzu.

Zastygłeś tam? – wzdrygnął się słysząc obniżony głos Rene, który stał przed nim i spoglądał z niepokojem. – Okropnie zbladłeś.I ty jeszcze jesteś zdziwiony? – nadal nie mógł wyjść z podziwu. – Tu jest tak inaczej niż u nas. Znaczy tam też są białe ściany, ale nie jest tak surowo, zimno. Czuję się jakbym był na wycieczce w muzeum a nie w domu, w którym żyją ludzie.

- Ojciec cały czas powtarza to matce, ale jej się taki wystrój podoba – wzruszył ramionami. Sekundę później powędrował do miejsca, gdzie znajdował się kominek. – Na zaproszenie czekasz? – zapytał Castella dostrzegając, że kochanek wciąż stoi jak słup soli. – Siadaj, czuj się jak u siebie.

- Chyba żartujesz – prychnął rozeźlony. Właściwie to czekał na zaproszenie. Spodziewał się, że rodzice kochanka ich przywitają przy wejściu i wskażą gdzie mogą usiąść. Tymczasem posiadłość wydała się niemal wymarła.

    Rene bez krępacji właził gdzie chciał i brał co mu się podobało. Zajęty nadmiernym myśleniem Deakin nawet nie zwrócił uwagi, gdy blondyn zniknął na moment. Trwało to dwie minuty, może trzy. Jak tylko pojawił się ponownie, położył na stole dwa kieliszki i wlał do nich czerwonego trunku.

- Niech zgadnę, włoskie, kurewsko drogie wino z Rzymu, wyprodukowane z najwyśmienitszych winogron, dojrzewających w blasku słońca i księżyca. Niesamowity smak i niezapomniane emocje, receptura wynaleziona dwieście lat temu i strzeżona niczym Roszpunka w wieży – nie potrafił wytrzymać, ten cholerny przepych go denerwował odkąd tu przyjechali.

- Wiem, że wolisz piwo, ale go tu nie dostaniesz – warknął, również powoli się irytując, a Rene nie potrzebował wiele żeby rozpętać piekło. – To Vino Nobile di Montepulciano – skwitował jakby to miało wszystko wyjaśnić.

- Dłuższej nazwy nie było? – spojrzał na Castellę spode łba pragnąc tylko wyrwać się w tego miejsca.

- Proszę wybaczyć – obaj odwrócili się w stronę kamerdynera, który wyrósł jak spod ziemi. – Obiad zostanie podany za kwadrans, do tego czasu proponuje przystawkę – położył ostrożnie srebrną tacę i oddalił się.

- Ciastka?

- O matko – łyżwiarz nie wiedział czy powinien się śmiać czy raczej płakać. Kolejne męczeńskie westchnienie pokazywało jak bardzo żałował, że musiał przyjechać do rodziców. – Jesteś takim ignorantem. To jedne z najlepszych słodyczy, poza tym.... Chwileczkę – krzyknął, jakby dopiero teraz sobie coś uświadomił. Zawołał za mężczyzną po imieniu lecz Charlie absolutnie nie zdołał wyłapać jakie było to imię. Nie wiedział czy przez skomplikowany akcent czy dlatego że pierwszy raz w życiu takie słyszał. – Matka i ojciec zamierzają w ogóle się tu pojawić? Czy fatygowałem się tutaj na darmo?

- Pani La Brun jest na górze w pracowni, a pan Castella za kilka chwil powinien wrócić z miasta.

- Jak zwykle, kurwa – syknął, po czym zajął swoje miejsce obok partnera i założył nogę na nogę. – Powinni tu czekać pół godziny temu z gorącym powitaniem. Natomiast to my czekamy, do jasnej cholery.


* * *


    Wyłączył pilotem telewizor i odłożył go na stół najciszej jak się dało. Na szczęście żaden odgłos przez niego wydany, w tym syk, kiedy stuknął pilotem o szklankę, nie obudził leżącego za jego plecami Ivana. Keith odwrócił się delikatnie w stronę jego jasnej twarzy. Spał w najlepsze, w tym momencie przypominając niewinne dziecko, które nie skrzywdziłoby nawet muchy. Jednak prawdziwe, skrzywdzone oblicze tego mężczyzny daleko i brutalnie odbiegało od wyobrażeń na jego temat. Działał w taki sposób, w który nikt nigdy nie przypuszczał, że może. Posuwał się tak daleko dla człowieka, który zniszczył jego rodzinę. Tak daleko dla zemsty. Owenowi przyszło do głowy, że zemsta nigdy nie ukoi złamanego serca, Ivan wcale nie poczuje się lepiej gdy znajdzie tego faceta i wyda swój własny wyrok. Prędzej czy później pożałowałby tego. A jego matka, kobieta tak cudownie uśmiechająca się do swojego dziecka na zdjęciu, na pewno nie jest szczęśliwa obserwując go z góry.

    Zdjął ostrożnie rękę Ivana ze swoich bioder i położył ją obok od razu wstając. Przyjrzał się blondynowi, stwierdzając – zaskakując sam siebie – że naprawdę ubóstwia jego długie włosy, w dotyku były niesamowicie delikatne i przyjemne. Obrysował spojrzeniem smukłe ciało, uzmysławiając sobie, że jeszcze nie tak dawno przyniósł tę kobietę do swojego apartamentu, gdyż leżała posiniaczona na ulicy i istniała znikoma szansa, że ktoś inny jej pomoże. Czas tak szybko płynie, kto by pomyślał, że od tamtych przykrych wydarzeń minęło kilka miesięcy.

    Odsunął się od stołu, by znowu w niego nie uderzyć którąś częścią ciała i skierował się po komórkę, grzecznie siedzącą w kieszeni płaszcza. Był pewny, że jak tylko odblokuje ekran ujrzy niezliczoną ilość nieodebranych połączeń od siostry. Ale pomylił się. Miranda dzwoniła raz, za to dwadzieścia trzy połączenia miał od Andrei oraz cztery od matki, jedno od ojca. Ponadto siostra zostawiła wiadomość. Po odczytaniu jej wiedział, że cało nie wyjdzie z sytuacji. Zaraz po zawodach zostawił ją w hotelu mówiąc tylko, że niedługo wróci. Po chwili zerknął w prawy górny róg ekranu orientując się przy tym, że była jedenasta, dzień po zawodach. Czyli nie wrócił na noc do hotelu.

- „Zginiesz w męczarniach” – odczytał na głos groźbę Mirandy. Musiała być wściekła, zadzwoniła, nie odebrał i strzeliła focha. Ale dla własnej dumy musiała mu napisać co go czeka. Zastanawiało go co innego – mianowicie, dlaczego była niedoszła żona próbowała się z nim desperacko skontaktować. – Powinienem jej pomóc – westchnął przecierając dłonią twarz. Mimo że spał na kanapie z Ivanem, w niesprzyjającej kręgosłupowi pozycji, czuł się wypoczęty. A jednak umysł wciąż powtarzał, by wrócił na swoje miejsce – obok Barda. Zwracając swój wzrok w końcu na mężczyznę uśmiechnął się mimowolnie. Na moment włożył urządzenie do kieszeni spodni, po czym podreptał do sypialni. Zabrał stamtąd cienką kołdrę i przykrył nią Ivana. Robił to tak, by nie zbudzić śpiącego, co się niestety nie udało.

- Co robisz? – mruknął nie do końca wyraźnie przez zachrypnięte gardło.

- Nie chciałem żebyś zmarzł. Ivan – pochylił się nad ramieniem mężczyzny, gdyż ten, mimo że się obudził, nie zamierzał wstawać – muszę wracać. Siostra na mnie czeka. Muszę wrócić do domu, a potem skontaktować się z Andreą.

    W odpowiedzi nie dostał ani słowa. Długowłosy po prostu odwrócił się do niego plecami, naciągnął na siebie kołdrę, ukrył pod nią nawet głowę. Keith nie ukrywał, że ten gest go zabolał. Mina mu zrzedła a serce zalała gorycz. Niemal poczuł gorzki i nieprzyjemny smak w ustach, choć mogła to być jego wyobraźnia. Pragnął żeby Ivan... Właściwie czego pragnął? Czego oczekiwał? Ciepłych słów „Rozumiem, masz obowiązki, idź, a ja będę na ciebie czekać”? Pobożne życzenie. Ivan za żadne skarby świata nie powiedziałby czegoś ckliwego czy cukierkowego. Bardziej prawdopodobną odpowiedzią byłaby „A spieprzaj, nikt cię tu nie potrzebuje”. A mimo tego chciał być Bardowi potrzebny. Zraniony utkwił wzrok w zawiniątku na kanapie licząc w duszy, że będzie mu dane spojrzeć w zielone oczy. Pomylił się.

- Planujesz kolejny raz zmienić hotel? Pytam bo – nim zdążył skończyć stłumiony głos mu przerwał.

- Koteczku, tego nawet najstarsi mędrcy nie wiedzą. Dzisiaj jest mi tu dobrze, ale skąd mam wiedzieć co będzie jutro, czy pojutrze? Siostrzyczka cię rozszarpie, więc zabieraj się stad już.

    Była to ich ostatnia rozmowa tego dnia. Paniczyk ubrał swój cholernie elegancki płaszcz i zniknął nie mówiąc nic więcej. A Ivan? Leżał wciąż pod przykryciem i marzył tylko o jednym. O roztrzaskaniu czegoś twardego na głowie buca, który zawracał mu gitarę całe wczorajsze popołudnie, noc i ranek. Siedział w jego apartamencie, zjadł z nim kolacje, pił drinki do późnej nocy, spał z nim – dosłownie. Spali, ponieważ po wylaniu wszystkich żali, rozmowie o matce i o draniu, który zniszczył im życie, nie miał ochoty na seks. A nawet gorzej – w tamtym momencie było to ostatnie na co mógłby mieć ochotę. Lecz teraz... Owen go tak po prostu opuścił. Na samą myśl wzbierała w nim wściekłość. Zmarszczył brwi, w oczach zamigotały niebezpieczne iskierki, a na jasne usta wpłynął kwaśny uśmiech.

- Pierdol się, Owen – krzyknął na całe gardło, odrzucając na drugi koniec kanapy kołdrę. Poderwał się czego natychmiast pożałował. Zakręciło mu się w głowie i z ustami pełnymi bluzg wrócił na dotychczasowe miejsce. – Biegnij do siostrzyczki ty nadęty bucu! – uderzył pięścią w nieszczęsną poduszkę, która niefortunnie oberwała zamiast Keitha. – Leć do rodzinki i tej dziwki co się puszcza z byle fiutem!


    Na końcu języka miał wiązankę określającą Andreę jako – delikatnie mówiąc – niewierną kobietę, która nie ma problemu, by się bzyknąć z pierwszym lepszym, gdy cichy głosik w jego głowie coś mu uświadomił. Była to obrzydliwa prawda, którą kiedyś by się nie przejął. Wzruszyłby ramionami i z uśmiechem na ustach ją potwierdził. Jednak w tej chwili czerwona ze złości twarz przybrała jeszcze intensywniejszy kolor – dojrzałego bordowego buraka. Udało mu się przygryźć język i nie pisnąć ani słowa. Odgonił pospiesznie mały wstrętny głos, chcący mu przypomnieć wydarzenia z przeszłości.

- Ty też się pierdol – rzucił cicho, a każde słowo odbiło się od ścian pustego prawie pomieszczenia powracając do tego, który je wypowiedział.


* * *


    Kiedy to było? Na pierwszej randce? Podczas pierwszego pocałunku z chłopakiem jego marzeń? Gdy zdawał prawo jazdy na motocykl? A może przy zdawaniu egzaminów na studiach, które i tak w końcu rzucił? Zastanawiał się nad tym przez parę minut, ale i tak nie potrafił odpowiedzieć na pytanie „Kiedy ostatni raz tak bardzo się stresował?” Niepewny wzrok błądził po bogato wyposażonym wnętrzu mieszkania matki jego partnera. Co jakiś czas spoconymi dłońmi przeczesywał ciemne włosy, które – zdawało mu się – sterczały we wszystkie możliwe strony. Przyglądał się ukradkiem nogawkom spodni, wyglądającym jakoś tak dziwnie. Jakby były niewyprasowane, pomięte. Natomiast niemiłosiernie denerwował go kołnierz koszuli. Lewa strona układała się nierówno, pewnie koszula została źle skrojona, zaś prawa strona w ogóle nie chciała się ułożyć i przy najmniejszym ruchu podnosiła się. Był przekonany, że zanim pozna rodziców kochanka, oszaleje i wyniosą go z tego domu w kaftanie bezpieczeństwa. Co rusz wycierał mokre dłonie o spodnie, a mimo tego nie potrafił sprawić, by stały się dostatecznie suche. Poza tymi problemami poczuł coś, czego nie czuł od bardzo dawna. Niemalże zapomniał o tym, co przez lata się za nim ciągnęło i odbierało przyjemność z życia. W nocy nie zmrużył oka, o czym jego Gwiazdeczka oczywiście nie miała pojęcia. Przekręcał się z boku na bok uważając by nie obudzić śpiącego obok Rene, wstawał do kuchni po picie, przed kolejnym położeniem się do łóżka zaliczył kilka razy łazienkę. Nawet słuchanie muzyki do snu nie pomagało. W tamtym momencie przestraszył się, że bezsenność wróciła znienacka, choć był przekonany, że kilka miesięcy temu pozbył się utrapienia na dobre. Nie były to dobre wieści, tym bardziej biorąc pod uwagę, jakie czekało go wyzwanie następnego dnia. Choć Rene uspokajał go, tłumaczył, że ta wizyta wcale wiele nie znaczy wciąż się obawiał. Dla niego ta wizyta znaczyła bardzo wiele. Miał poznać ludzi będących najbliższą rodziną mężczyzny, którego kocha. Z jednej strony pragnął ich poznać, z drugiej jednak pojawiały się obawy – co jeśli nie zostaną zaakceptowani, jak blondyn powie rodzinie o ich związku, jak zareagują, co powiedzą? Umysł tworzył przeróżne scenariusze, od tych najbardziej pozytywnych, gdzie zostaje im udzielone błogosławieństwo, aż do najmroczniejszych, bolesnych, sprawiających, że serce pękało od potoku przykrych słów rodziny. On miał szczęście – matka i ojciec nie mieli z jego orientacją seksualną żadnego problemu, lecz zdawał sobie sprawę, że nie w każdym domu można liczyć na zrozumienie, wsparcie i bezgraniczną miłość. W końcu nie wytrzymał, dusił w sobie wszystko zbyt długo, aż wreszcie nerwy puściły.

- Słuchaj, wszystko pięknie, ale co z Lupo? Zostawiliśmy go samego w domu, nie martwisz się? – zapytał z nieudawaną troska w głosie. Partner chyba nie do końca rozumiał co ma na myśli, bo podniósł brwi i zmrużył oczy, po czym rzekł.

- Co tak nagle wyskoczyłeś z psem? Owszem brakuje mi go, ale jest w dobrych rękach. Nie będziemy go ciągnąć za sobą przez pół świata. Za parę dni wracamy.

- Wracamy teraz – stanowczy głos, który Rene uwielbiał w łóżku, a nienawidził w życiu, mu się sprzeciwił.

- Jasne – warknął rozrzucając ręce na boki. Obrócił się na sofie, by móc swobodnie spoglądać na bruneta. – A w zawodach pojedzie za mnie moja matka? Opanuj się do cholery. Ja też się denerwuje, ale ty przechodzisz samego siebie.

- Po prostu się martwię – jęknął wypuszczając z płuc powietrze. Ukrył twarz w dłoniach kontynuując przytłumionym głosem. – Jak zamierzasz im powiedzieć?

- Powiedzieć o czym?

- O nas.

    Nastała cisza. Przez kilka sekund, które wydawały się Charliemu ciągnąć w nieskończoność partner milczał. Nie wiedząc o co chodzi, podniósł wzrok. Nie spodziewał się ujrzeć twarzy, na której malowały się zmieszanie oraz niepewność. Blondyn zwrócił spojrzenie w inną stronę dotykając nerwowo szyi. Castella nie musiał nic więcej mówić, on już uświadomił sobie, co znaczyło to zachowanie i niezręczna cisza.

- Nie chciałem im mówić – w końcu odpadł cicho. – Obiecałem matce, że jak tylko będę w kraju to ją odwiedzę. Ona wie, że będę brał udział w zawodach, więc przyjechałem żeby nie robiła mi z tego powodu wyrzutów. To nie jest wizyta, podczas której chcę im powiedzieć z kim się bzykam – ostatnie zdanie niemal wyszeptał, by przypadkiem kamerdyner niczego nie usłyszał. Bez znaczenia był fakt, że mężczyzny nie było nawet w pobliżu. Rene dmuchał na zimne.

    Deakin nie potrafił powiedzieć, która część zdania zabolała i wkurwiła go bardziej. W jednym momencie targały nim skrajne uczucia. Ulga zalała jego serce dając poczucie spokoju, wszakże nie musi się więcej przejmować reakcją rodziny partnera. Jednak żal natychmiast zastąpił miejsce ulgi. Zasiane ziarenko niepewności ponownie zaczęło kiełkować. A przecież nie tak dawno temu pozbył się wątpliwość – Rene go kocha? A może wyznanie miłości miało miejsce pod wpływem chwili a nie prawdziwych uczuć? Właśnie pokazywał, że jest wręcz przeciwnie.

    Ludzie nie zdają sobie czasami sprawy, że zaczynają myśleć nieracjonalnie. Zajmują sobie głowę przeróżnymi negatywnymi myślami. Panikują i boją się. Zdrowy rozsądek ulatuje dając miejsce do popisu niepewności, strachowi, wściekłości czy zazdrości. W takim stanie nikomu nie przyjdzie do głowy, że zwyczajna ludzka rozmowa może rozwiązać wiele problemów. Dlaczego druga osoba tak bardzo boi się powiedzieć „Porozmawiajmy”, zamiast tworzyć teorie spiskowe. Przecież proste rozwiązania są tymi najlepszymi i najbardziej sprawdzonymi.

- Jesteś moim kumplem i trenerem, niech tak pozostanie dopóki stąd nie wyjdziemy.

    Charlie nic na to nie odpowiedział, nie miał zamiaru, aczkolwiek i tak nie było mu to dane, gdyż wraz z zakończeniem zdania obaj ujrzeli schodzącą po schodach kobietę. Ich uwagę zwrócił dźwięk stukania szpilek. Zbyt młoda żeby być matką dorosłego mężczyzny. Tyle mógł stwierdzić brunet. Pierwszym co rzuciło mu się w oczy była zielona zwiewna sukienka na ramiączkach, w której kobieta wyglądała przepięknie. Czy chciał przyznać, czy nie, wiedział po kim Rene odziedziczył urodę. Nie poznał jeszcze jego ojca, jednak geny tej dwójki były widoczne na pierwszy rzut oka. Proste, geste blond włosy delikatnie dotykały odkrytych ramion. Była raczej drobnej budowy, bardzo atrakcyjna, choć ktoś mógłby powiedzieć, że za mało kobieca, z powodu wąskich bioder i niedużego biustu. Posłała ich dwójce promienny uśmiech, a gdy zeszła z ostatniego stopnia schodów podszedł do niej syn. Uściskali się, po czym matka objęła dłońmi twarz swojego pierworodnego, wpatrując się w niego z niesłychanie silną matczyną miłością.

- Nareszcie – wypowiedziała jakby przez łzy. Wieczność nie widziała swojego dziecka, więc nie potrafiła pohamować emocji. Starała się nie uronić łez, jednak starania te nic nie wskórały. Ponownie zarzuciła synowi ręce na szyje, przyciągając mocno do siebie.

- Udusisz mnie kobieto – wychrypiał, odwzajemniając czułość. W pewnym sensie ją rozumiał. Cieszyła się, on również. Ale nie okazywał tego jak matka.

- Mój skarb – pocałowała go w czoło, w czym musiał jej odrobinę pomóc, pochylając się.

- Tylko twój? – niespodziewanie odezwał się dużo niższy głos, który nie mógł należeć do nikogo innego. Tylko do tego mężczyzny.

    Wszyscy troje zwrócili się w stronę nowo przybyłego gościa. Z dziarskim uśmiechem i pewnym siebie krokiem pokonał dzielącą ich odległość. Zwinnym kocim ruchem przyciągnął do siebie syna, niemal pozbawiając go możliwości oddychania – jak stwierdził później Rene.

- Nie sądziłem, że moje dziecko tak wyrosło – zaśmiał się nie pozwalając Młodemu wyrwać się ze stalowego uścisku.

- Tylko nie dziecko – warknął.

    Kiedy w końcu najstarszy Castella dał za wygraną, Rene miał tylko kilka sekund by przyjrzeć się ojcu, którego nie widział od bardzo dawna. Wysoki, z niesamowicie wyrzeźbionym, muskularnym ciałem, gęstymi, czarnymi niczym noc włosami oraz błyszczącymi brązowymi oczami – Adonis, o którego kobiety się zabijały... A przynajmniej 20 lat temu tak było. Czas nikogo nie oszczędzał, a wiek dawał o sobie znać w postaci zmarszczek, przygarbionych pleców, nie tak lśniących i gęstych włosów. Również ciało się zmieniało, trudniej znosiło długotrwały wysiłek na siłowni. Mimo iż mięśnie wyćwiczone przez lata nie zniknęły ot tak, odrobinę zmalały, a brzuch nieco napuchł. Nie był to, rzecz jasna, balon jaki zdarza się mężczyzną w pewnym wieku, ojciec trochę spuchł – i tyle. Przypuszczał, że gdyby nie czarna farba do włosów, która niewątpliwie pokrywa jego włosy, mógłby zobaczyć siwe pasma. Oczywiście w starzejącym się ciele zachodziły pewne procesy, mimo tego, Włoch pozostawał atrakcyjny. Uwierzyłby, że na ulicy młode kobiety nadal się za nim oglądały. Chociaż nawet jeśli tak było, on od lat widział przy swoim boku tylko jedną kobietę – najpiękniejszą, inteligentną, bystrą, zaradną, ciekawą świata Francuzkę, która w krótkim czasie stała się całym jego światem, wydała na świat ich dziecko i dała mu szczęście, jakiego nie dałby mu nikt inny.

- Oczywiście, że dziecko – skarciła go rodzicielka. – Zawsze będziesz naszym kochanym dzieckiem – uszczypnęła go za policzki, co czyniła za każdym razem, gdy się widzieli. Nie mógł powiedzieć, że lubił tę czułość, jak ją nazywała, jednak pozwalał jej na to. Oczyma wyobraźni widział Deakina śmiejącego się z niego.

    Wyobrażenia Rene w najmniejszym stopniu nie odbiegały od reakcji kochanka. Deakin stał kawałek dalej od rodziny obserwując z bananem na twarzy rozczulającą scenkę. Dostrzegając szczypanie policzków Gwiazdeczki o mały włos jego głośny śmiech nie rozniósł się po całym domu. W ostatniej chwili opanował się przykładając dłoń do ust.

- Chciałbym, żebyście kogoś poznali – delikatny głos partnera sprowadził go z hukiem na ziemię. Zdawało mu się, że w ciągu kilku sekund zdążyły go zalać niezliczone fale gorąca i zimna. Uśmiech momentalnie zniknął z twarzy. Tym razem panika odgrywała główną rolę.

- A już miałem zapytać, czy zamierzasz nam przedstawić tego dżentelmena.

    Nie czekając dłużej, zdenerwowany Deakin zrobił kilka kroków, by znaleźć się przy Castellach. W pierw chciał podać rękę kobiecie, lecz w ostatniej chwili uświadomił sobie, że dłonie znów zaczęły się niemiłosiernie pocić. Natychmiast cofnął gest, ale Blanche zdawała się tego nie zauważyć. Zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła do siebie jak to zrobiła wcześniej z synem. Raczej się tego nie spodziewał, a już na pewno nie spodziewał się, że jej mąż przywita go w dokładnie taki sam sposób. Nieco skołowany stanął w końcu wyprostowany niczym struna. Odchrząknął po czym... Spanikował kompletnie. Chciał się przedstawić, jednakże dopiero teraz dotarło do niego, że ci ludzie mówili przez cały cholerny czas po francusku. Przeszło mu przez myśl, że gorzej być nie mogło. Jak miał do nich mówić? Po angielsku? Z wyjątkiem swojego ojczystego języka potrafił posługiwać się niemieckim i hiszpańskim. Toteż stali we czwórkę w totalnym milczeniu, a wszyscy poza Deakinem się uśmiechali. To trwało całą wieczność, podczas której Charlie pragnął zapaść się pod ziemię. Dlaczego wcześniej nie pomyślał o barierze językowej?!

- Mój przyjaciel i trener – Charles – kochanek natychmiast przejął pałeczkę, ku jego uldze. Z francuskiego płynnie przeszedł na angielski, dając mu do zrozumienia, że rodzice potrafią posługiwać się również tym językiem.

- Czuj się jak w domu, Charles – rzuciła przyjaźnie kobieta. Napięcie opadło, gdy potrafił zrozumieć, co do niego mówią.

- Synu – Francesco dotknął ramienia Deakina – nie jesteś za młody na trenera?

- Trochę jestem, proszę pana. – zaśmiał się, ale zaraz pokrótce wytłumaczył dlaczego został trenerem ich syna.

- Jaki ze mnie pan – oburzył się starszy mężczyzna. – Zdecydowanie jestem zbyt młody, żeby nazywać mnie panem. Francesco.

- Blanche – odparła kobieta, gdy Deakin zawiesił na niej wzrok – I żadnego „ale”. Tylko się ze mną nie kłóć, bo nie wygrasz – puściła mu oczko.

- Uwierz mi, synu, z kobietą nie wygrasz. Wiem co mówię.

    Zostali poproszeni przez rodziców Rene do jadalni. Ot taka zwykła jadalnia jaką każdy ma w swoim domu, z tą różnicą, że ta była dziesięć razy większa. Usiedli naprzeciwko małżeństwa, które zaciekle o czymś dyskutowało. Blanch nie zamilkła choć na sekundę od momentu zejścia ze schodów. Nie rozumiał na jaki temat prowadzili rozmowę, ale skoro przez ten czas nie zwracali się do niego, z zainteresowaniem zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.

    Oprócz stołu oraz krzeseł w jadalni stały dwie duże doniczki z kwiatami, których nie potrafił nazwać, mimo tego bardzo mu się podobały. Umieszczone były w dwóch kątach jadalni przy ścianie z oknami. W jednej donicy były koloru fioletowego, zaś w drugiej żółtego. Zastanawiał się czy ten słodki zapach pochodził właśnie od kwiatów czy świeczek zapachowych ustawionych na parapecie. Następnie zwrócił spojrzenie w stronę niedużej białej komody. Stało na niej mnóstwo zdjęć w drewnianych ramkach. Potrafił powiedzieć co znajduje się na fotografiach tylko tych z pierwszego rzędu, ponieważ reszta albo mu się rozmywała albo była zasłonięta. Na jednej z nich ujrzał niewątpliwie Blanch w białej długiej sukni ślubnej, trzymającą bukiet czerwonych kwiatów. Obok niej stał mąż wpatrując się w nią niczym najcenniejszy skarb. Dopiero po przypatrzeniu się, zdał sobie sprawę, że już wtedy doskonale widoczna była jej ciąża. Przerzucając wzrok na kolejne zdjęcie zobaczył małą Gwiazdeczkę - na oko dziesięcioletnią. Uśmiechała się szeroko na tle lodowiska, pokazując złoty medal. Choć na wszystkich zdjęciach z dzieciństwa dziecko powinno się uśmiechać i być zadowolone, w przypadku Rene tak nie było. Na innej fotografii, prawdopodobnie z urodzin – zobaczył kilka kolorowych balonów – był naburmuszony, a na osobę robiącą mu zdjęcie spoglądał spode łba. Był w stanie domyślić się o co chodziło. Pamiętał rozmowę sprzed miesięcy o wychowujących go guwernantkach, bo zapracowani rodzice nie dawali rady poświęcić mu wystarczająco dużo czasu. W głównej mierze dzieciństwo spędził z obcymi kobietami, które zabraniały mu wszystkiego, wierząc, że robią dobrze. Mimo wszystko miło mu się oglądało uwiecznione na zdjęciach dzieciństwo partnera.

    Obiad minął mu błyskawicznie. Gdyby ktoś mu wczoraj powiedział, że będzie dobrze się bawić w towarzystwie rodziców kochanka, wybuchnąłby gromkim śmiechem. Tymczasem rzeczywiście czuł się dobrze i był dumny z siebie, że nie wyszedł stąd pod wpływem stresu. Jakby to ująć – sprawy przybrały nieoczekiwany obrót i w gruncie rzeczy spędził przyjemne popołudnie z człowiekiem, którego kochał. I właśnie to stanowiło problem. Przestał wierzyć, że partner odwzajemnia uczucia. Przecież wiesz, że odwzajemnia – cichutki głos usiłował przebić się przez negatywne myśli. Jesteś dla niego wszystkim, po prostu się boi, czego nie rozumiesz, idioto?Porozmawiaj z nim. Zwątpienie coraz bardziej dawało o sobie znać. Nieświadomie zaczął tracić kontrolę nad racjonalnym myśleniem, co wkrótce miało mieć przykre skutki.

    Żegnając się z małżeństwem nie był świadomy, że Blanch od początku do samego końca bacznie go obserwowała. W jej oczach czaiły się iskierki ciekawości, a umysł wyrabiał sobie opinię o nowo poznanym mężczyźnie. Po przeciwnej stronie był zaś jej ukochany, który będąc prostym facetem od razy pokazał, że polubił przyjaciela syna. Przy posiłku dużo rozmawiali o pracy i Rene, który czasami miał ochotę zapaść się pod ziemię. Łyżwiarz nie odzywał się zbytnio, głównymi frazami były „Możecie przestać mnie poniżać?”, „Więcej tu nie przyjadę.” oraz „Mam dość.”

- Przetrwaliśmy – wyrzucił z siebie blondyn, jak tylko wyszli za bramę posiadłości La Brun. – Pozostało nam tylko zdobyć złoto i wracać do domu. Ale zanim wrócimy – zawiesił zadowolony głos – tak jak obiecałem, wieczorem wynagrodzę ci dobre zachowanie przy moich starszych – puścił oczko kochankowi. Gdy nie otrzymał odpowiedzi odwrócił się do stojącego na chodniku Charliego. Partner miał skwaszoną minę. Podchodząc bliżej blondyn złapał go za dłoń. – Co jest?

- Dajmy sobie spokój z tym związkiem. Nie widzę dla nas przyszłości.