niedziela, 20 sierpnia 2017

Lodowa powłoka - Rozdział 12


Dziękuję za komentarze :)



Dwie godziny temu słońce wzeszło nad horyzontem. Niebo przybrało kolor pomarańczowy przeplatany żółtym. Miejski zgiełk ustał na parę godzin przez świtem, lecz rozpoczynał swoje rządy ponownie. Od rana po mieście jeździły samochody, autobusy i inne, mniejsze środki transportu używane przez człowieka. Po całonocnej zabawie nie było śladu. Zdawać się mogło, iż okolica pogrążona była we śnie, lecz to złudzenie. Ci, którzy mieszkają w Salt Lake City znali tę organizację pracy oraz całodobowe miejskie życie. Powietrze z rana było chłodne, lecz wkrótce powinno się znaczenie ocieplić, a przynajmniej tak twierdzili meteorolodzy.
Rene obudził się wraz z budzikiem ustawionym na ósmą rano. Po porannej odświeżającej toalecie ubrał w swój zwyczajowy strój, na jaki składała się koszula, granatowa marynarka oraz jasne jeansy. Nie planował nigdzie wychodzić, więc nieułożonymi i oklapniętymi włosami nie zawracał sobie głowy. Usiadłszy w salonie włączył poranne wiadomości. W nich aż huczało o doniosłym wydarzeniu, które zbliżało się wielkimi krokami. Najbardziej ignorancki mieszkaniec miasta zdawał sobie sprawę, że wkrótce rozpoczną się Letnie Igrzyska Olimpijskie. Sportowcy trenowali do ostatniej chwili, wkładali w swój wysiłek pot, krew i łzy. Zamiast poświęcić resztę czasu na zasłużony odpoczynek oni byli w pełni gotowości. Jeden ze sprinterów, który gościł w programie wypowiedział się w następujący sposób:

Myślę, że przeszkody znajdują się w naszej głowie. To my stwarzamy bariery i przez brak wiary we własne umiejętności ponosimy porażki. Trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność, nie poddawać się, przeć wytrwale do celu i czerpać z tego satysfakcję. Jeśli nie czuje się sportu, nie będzie się mistrzem, jeśli nie zdobędziemy się na odwagę, by pokonać swoje słabości już zawsze pozostaniemy więźniami swoich umysłów. Nie chodzi również, by trenować do utraty swoich sił, uważam, że równie ważny co trening jest odpoczynek. Dlatego nie ćwiczę na parę dni przed zawodami. Jeśli miesiące, które miałem nie wystarczyły, żebym był w pełni przygotowanym, to ostatnich kilka dni nic nie zmieni. Więc lepiej wybrać się do miejsca pozwalającego zebrać myśli, odprężyć się lub przygotować psychicznie na starcie z samym sobą. To mój sposób na życie.”

Wysoki, elegancko ubrany ciemnoskóry mężczyzna zaśmiał się. Potem dalej prowadził dialog z reporterką. Ona zadawała pytania, a on odpowiadał po krótkim zastanowieniu. Lubił oglądać wywiady, w których gościli znani, a co ważniejsze, inteligentni ludzie, gdyż wsłuchiwanie się w ich przemyślenia, opinie pozwalało mu się nauczyć wielu nowych rzeczy oraz różnych punktów widzenia.
Bez wyrzutów sumienia mógł przyznać mu rację. W pełni zgadzał się z opinią sprintera, toteż postanowił – co powiedział trenerowi – że do Igrzysk nie wejdzie na lód, a jedyną jego rozrywką i głównym motywem będzie odpoczynek. Jednak łatwiej powiedzieć niż zrobić, gdyż on nie miał poza łyżwiarstwem żadnych innych planów na spędzenie dnia. Wstyd mu było przyznać to przy brunecie, bo nie posiadał żadnego hobby ani rzeczy, które lubił robić w wolnym czasie. Jedni czytają książki, inni oglądają filmy, chodzą na siłownie, pływalnię, w przypadku trenera była to jazda na motocyklu. Pasja łącząca go z przyjaciółmi. Czasem jak myślał w ten sposób to mu zazdrościł. Oczywiście, prędzej pójdzie do piekła, niż powie mu to w twarz.
Rene zaczynał się obawiać, że dzieje się z nim coś bardzo złego. Im częściej znajdował się w towarzystwie Deakina tym więcej myślał o mężczyźnie, który później siedział uparcie w jego głowie. Najgorsze było jednak to, że robił to w pełni świadomie i z własnej nieprzymuszonej woli. Pozwalał, by mózg kierował się w swoich przemyśleniach na tor „Charles”. Dzięki temu widział ich lekcje, na które poświęcali bardzo dużo czasu, spotkanie z Melindą. Przypomniał sobie również zdarzenie, które z jakiegoś powodu napełniało go irytacją. Do dzisiaj nie potrafił zapomnieć o przerażonej twarzy mężczyzny podczas rozmowy z „osobą, którą kocha”. Jego ciało się spięło, głos łamał, a zielone oczy niedalekie do płaczu wyglądały jakby właśnie straciły chęć życia. Ilekroć powracał do tej sceny żołądek skręcał się w supeł, a w gardle coś paliło.
Był niemal pewny, że takie a nie inne uczucia nim targają, gdyż spędza z Charliem zbyt wiele chwil, a jak tylko ich „współpraca” dobiegnie końca i rozejdą się każdy w swoją stronę, wszystko wróci do normy. Tylko czekał, aż jego poukładany świat, w którym nie ma miejsca na ludzi z zewnątrz stanie z powrotem na nogi. Lecz zanim to się stanie musi przeżyć mieszkając z nim w apartamencie. Najlepszym rozwiązaniem byłoby wynajęcie dwóch „mieszkań”, ale Arkady się na to nie zgodził, ponieważ – jak to ujął – chciał, by ktoś miał na niego oko. I tym kimś musiał być akurat jego syn – gej. Jemu ani trochę nie spodobał się pomysł życia pod jednym dachem z innym człowiekiem. Co innego było z Arkadym, znają się od wielu lat, a i mężczyzna nigdy nie wchodził mu w drogę znając jego stosunek do otaczających go ludzi. Nie lubił ich, trzymał się na dystans, z nikim nie spoufalał i nikomu nie ufał. Nie chciał z nikim dzielić przestrzeni prywatnej, bo to oznaczało wspólne problemy, rozmowy, zainteresowanie, zwierzanie się i poznawanie siebie nawzajem. Był typem samotnika lub może odludka unikającego niepotrzebnych znajomości. Ta cześć charakteru działała na jego niekorzyść, gdyż znalezienie człowieka, który wytrzymałby z nim i zrozumiał powody takiego zachowania graniczyło z cudem. Nie chodziło już tylko o przyjaciela, a o kogoś znacznie bliższego. Jednak Rene miał świadomość, że on ponosi winę za brak tej osoby w swoim życiu.
Udzielił mu się kiepski humor, ale postarał się szybko o nim zapomnieć. Powrócił z odległej krainy ponownie stając pośród żywych. Spojrzawszy na zegarek znajdujący się w dolnym rogu lecącego programu telewizyjnego stwierdził, że przesiedział w fotelu bezczynnie półtorej godziny gapiąc się w przestrzeń.

    - Czym mam się, do cholery, zająć? – jęknął zakrywając dłońmi twarz.

Zorientował się, że nie jest już jedynym, który nie śpi. Gdy przyciszył telewizor usłyszał szum wody dochodzący z łazienki, a to mogło znaczyć tylko tyle, że Deakin obudził się i poszedł wziąć kąpiel. Wcześniej nie zarejestrował czyjejś obecności pochłonięty przemyśleniami na temat dziwnych rzeczy. Nie zamierzał jednak podnosić się z fotela, bo dlaczego miałby to robić. Uwagę znów skierował na złodzieja czasu i zaczął skakać po kanałach dopóki nie znalazł czegoś interesującego. W jego przypadku „czymś interesującym” były bajki oraz kreskówki. Uwielbiał je oglądać, bo oprócz jazdy figurowej były chyba jedyną rzeczą, jaka pozwalała mu się zrelaksować. Śmiech podczas śledzenia losów bohaterów animowanych produkcji był jedynym, którego doświadczał. Rzecz jasna, o jego upodobaniach wie wyłącznie Melinda i wolałby żeby zostało tak po wsze czasy. Jak nie pogardzi dobrym filmem – choć co do nich jest wyjątkowo wybredny – tak zgodzi się obejrzeć każdą wartą zobaczenia bajkę. Ostatnim co widział jeszcze w domu była „Planeta skarbów” oraz „Wszystkie psy idą do nieba”. Tym razem miał ochotę na coś innego, chociaż sam dokładnie nie wiedział co. Gdyby poszukał na pewno znalazłby coś fascynującego, lecz obecność tego drugiego uniemożliwiała mu to. Przecież nie włączy bajki i nie będzie się nią zachwycał jak pięcioletnie dziecko w towarzystwie dorosłego – nie lubianego przez siebie, obcego i nic nie znaczącego – faceta. Wyśmiałby go.
Nie zaryzykuje. Woli zachować swoją godność. Chwyciwszy pilota wyłączył ekran, po czym podkulił nogi i ułożył głowę na kolanie. Zastygnął w tej pozycji do czasu aż w salonie nie pojawił się tymczasowy trener. Podniósł się na dźwięk jego głosu, lecz przerzuciwszy na niego wzrok momentalnie tego pożałował. Kilka kroków dalej dostrzegł opalone, umięśnione oraz doskonale wyrzeźbione ciało zapewne wieloma godzinami spędzonymi na pracy fizycznej. Po napiętej, gładkiej klatce piersiowej spływały kropelki wody. Same wytaczały sobie ścieżkę po jego skórze, parę z nich zainteresowało się różowym sutkiem i to w jego kierunku wędrowały. Ręcznik zdecydowanie zbyt nisko związany ukazywał ciąg ciemnych włosów łonowych; zaczynały się od pępka i ginęły na granicy z ręcznikiem.

    - Myślisz, że mam ochotę patrzeć na nagiego faceta, który bez skrępowania łazi po mieszkaniu?! – ryknął jakby całe zło Świata skumulowało się w jednej osobie, a on miał ochotę rzucić się na nią, by pokonać mrok. Przyglądał się z rozsierdzeniem osłupiałemu ze zdziwienia mężczyźnie. Wyglądał na naprawdę zaskoczonego, a Rene na zaślepionego nienawiścią.
    - Nie mam wewnętrznej potrzeby, by pokazywać się nago komuś takiemu jak ty – łypnął na niego sądząc, że łyżwiarz kompletnie postradał rozum. – Nie jestem goły, mam ręcznik – wskazał na materiał przepasany wokół całkiem szerokich i umięśnionych bioder. – Dopiero wyszedłem spod prysznica i zdałem sobie sprawę, że zapomniałem czystych ubrań. Zachowujesz się jak pensjonarka, która boi się utraty dziewictwa, ty ponadto reagujesz tak, jakbym miał się zaraz na ciebie rzucić i zgwałcić.
    - Jesteś popieprzony! – zerwał się z fotela, naciągnął na biodra koszulę i marynarkę, i wyminąwszy go błyskawicznym krokiem zniknął za drzwiami swojego pokoju.
    - Muszę znosić te idiotyczne humorki dla wyższego dobra. Muszę znosić te humorki dla wyższego dobra – powtarzał na głos niczym mantrę licząc, że sam w to uwierzy.

Według niego zachowanie Gwiazdeczki było poniżej czyjejkolwiek godności. Zdążył pogodzić się i zaakceptować fakt, że został znienawidzony przez swoją orientację seksualną, ale nie spodziewał się tego rodzaju wybuchu. Naprawdę chciał jedynie dostać się z łazienki do pokoju jak najszybciej, nie wywołując żadnej sensacji. Nie miał na celu niczego złego, po prostu zamiast wziąć czyste ubrania zabrał te z poprzedniego dnia, których jeszcze nie uprzątnął. Czasami był z niego bałaganiarz, mama zawsze mu to wypominała.
Pokręciwszy głową w zażenowaniu wrócił do siebie i przebrał się. Ostatecznie pozbył się bałaganu zanosząc wszystkie, niepotrzebne i nie pierwszej świeżości, rzeczy do prania. Nawet kiedy wrócił już ubrany Gwiazdeczka nie opuściła swojego sanktuarium. Obiecał sobie ignorować go dopóki mógł i nie brać sobie niczego do serca.
Doszedł do wniosku, że powinien nabrać trochę siły i energii, a skoro przespał w nocy pół godziny – rano wyglądał niczym zombie – to dobrym pomysłem będzie zjedzenie pełnowartościowego posiłku. Z tą myślą powędrował do olbrzymiej kuchni, mama czułaby się tu jak w niebie, kochała gotować dla niego i taty. Była nowocześnie wyposażona, gustowna i elegancka z płytami indukcyjnymi i najnowszymi sprzętami kuchennymi. Najpierw szukał w pamięci jakichś przepisów rodzicielki na pyszne jedzonko, później gdy wpadł na kilka interesujących pomysłów zabrał się do pracy. Przekroił cztery bagietki wzdłuż i wydrążył środek. Następnie, po zmieszaniu jajka, małych kostek papryki oraz pomidorów wlał wszystko do łódek powstałych z bagietek. Wszystko posypał startą mozzarellą. Włożywszy je do piekarnika odczekał piętnaście minut, a wyjąwszy gotowe danie dodał posiekany szczypiorek. Oblizał się na samą myśl o chrupkiej bułce i smakowitym wnętrzu. Pomyślał sobie, że jakiś koktajl również by się przydał, toteż wyciągnął z lodówki cztery kiwi i dwa banany. Po obraniu ich zmiksował całość i przelał do dwóch wysokich szklanek. Taki zestaw śniadaniowy podał do stołu razem z dwoma talerzami oraz kubkami na kawę dla siebie i coś co zażyczy sobie Gwiazdeczka. Właściwie nie wiedział czy Castella jadł wcześniej śniadanie, czy nie.
Stanął jednak przed drzwiami i zapukał. Przez dłuższy czas nikt z wnętrza nie odpowiedział. Kiedy uderzył otwartą dłonią używając zwiększonej siły w końcu pojawił się przed nim łyżwiarz. Obrzucił go nienawistnym wzrokiem pomieszanym ze zdegustowaniem.

    - Czego? – syknął mrużąc przenikliwie oczy, zasłaniał się drzwiami przez co rozmawiali przez kilkucentymetrową szczelinę.
    - Jeżeli miałbyś ochotę coś zjeść – jak na zawołanie brzuch blondyna odezwał się donośnym burczeniem. Charlie próbował ukryć cisnący się na usta uśmiech zgryzając wargi. – Zrobiłem śniadaniem, jest na stole w salonie.

Dostrzegł, że początkowa niechęć ustępuje zaciekawieniu i zapewne głodowi. Był więcej niż pewny, że to drugie zmusiło Castellę do pojawienia się w pomieszczeniu. W kompletnej ciszy zajęli miejsca naprzeciwko siebie.

    - Potrafisz gotować? – zapytał nie ukrywając zdziwienia.
    - Ta umiejętność bardzo się przydaje, gdy żyje się samemu. Mama mnie nauczyła twierdząc, że w przyszłości, jeśli kiedyś pozwoli mi się wyprowadzić, jej nauki nie pójdą w las i będę potrafił o siebie zadbać.

Pijąc aromatyczny napój bogów, Charlie zorientował się, że zapomniał o napoju dla mężczyzny, który pił właśnie koktajl. Z jakiegoś powodu przeprosił za to i zapytał, na co miałby ochotę. Sam nie wierzył, że traktuje go jak jakiegoś króla, któremu usługuje i to z własnej woli.

    - Sok pomarańczowy. Dziękuję.

Kolejny raz zostawił go z opadniętą szczęką. Podziękował mu. Resztę posiłku przesiedzieli w ciszy oraz napiętej atmosferze. Mógłby próbować nawiązać z nim jakiś kontakt, znaleźć wspólny język, ale nie mieli ani jednego tematu do rozmowy. Nawet jeśli by chciał porozmawiać o łyżwiarstwie to Castella do tej pory brał udział w parach tanecznych, a on od zawsze wolał oglądać solistów. Zwłaszcza seksownych mężczyzn w obcisłych strojach podkreślających to i owo.
Uważnie lustrował szczupłą sylwetkę, przystojną twarz oraz jej mimikę. Była niewzruszona jak kamień. Pech chciał, że zatrzymał na nim spojrzenie kilka sekund za długo, bo ich oczy spotkały się. Przeszedł go nagły dreszcz, ale nie był nieprzyjemny. Przez kilka pierwszych sekund niebiesko-brązowe oczy miały ciepły i przyjacielski wyraz, później nieco się zaogniły.

    - Smakuje? – zadał pytanie łącząc ze sobą palce dłoni, pochylił się w jego stronę uśmiechając się uprzejmie.
    - Jest pyszne – odparł zaskakująco szczerze. – Wiedziałem, że żona Arkady'ego uwielbia gotować i ma na tym punkcie bzika, ale o twoich umiejętnościach nie słyszałem – opróżnił cały koktajl i pochłonął już prawie całą bagietkę. Kubek po soku był pusty, a on zdążył zjeść dopiero pół bułki i wypić niewiele kawy.
    - Dużo wiesz o mojej rodzinie? – było dla niego dziwne, że ktoś wie o nim całkiem sporo rzeczy, a on o kimś tyle co nic.
    - Wiem, że Arkady denerwuje się na swoją żonę, gdy kupuje drogie ubrania. Wiem gdzie zwykle jeździcie na wakacje, widziałem trzy albumy waszych zdjęć. Wiem gdzie mieszkacie, co twoja mama lubi robić w wolnym czasie... Powiedzmy, mam aż nadto informacji o twojej rodzinie. Chociaż o tobie Arkady prawie nigdy nie mówił. W zasadzie nigdy nie potrzebowałem tego, o czym nawijał godzinami. Nie obchodziło mnie to, po prostu słuchałem z grzeczności.
    - Grzeczności? – wymsknęło mu się.

Łyżwiarz nic na to nie odpowiedział. Może poczuł, że on wcale nie chciał tego powiedzieć. Nie ważne jaki był powód, ważne, że nie wywiązała się kolejna kłótnia. Kolejnym co zbiło go z tropu była propozycja, że to Gwiazdeczka pozmywa naczynia po śniadaniu, skoro on był tym, który wszystko przygotował. Nie oponował. Pozwolił mu sprzątnąć na stole i w kuchni.


    - Mam pomysł – zagadał Deakin, kiedy on był zajęty zmywaniem. – Może dzisiaj znów spróbujesz nawiązać kontakt z ludźmi?
    - Nie interesują mnie znajomości z innymi łyżwiarzami. To zbędne – skwitował przypominając sobie popołudniową porę.

Uważał, że wczorajszy dzień byłby całkiem znośny, nawet jeśli musiał całe dwanaście godzin spędzić z Deakinem. Byłby, ale nie był. Został wyciągnięty na miasto, gdzie w ogóle nie miał ochoty się ruszać. Następnie, czy chciał czy nie, spacerował po ulicach Salt Lake City zwiedzając kilka miejsc. Po drodze, ku uciesze Charliego, spotykali co sławniejszych sportowców. Brunetowi udało się porozmawiać z kilkoma z nich, natomiast on trzymał się na uboczu. Nie chciał żadnych kontrowersji. Potem jak na złość dla niego, szczęściem dla Charliego zostali wciągnięciu w dyskusję z łyżwiarzami, z którymi za dwa dni będzie mierzył się na lodowisku. Oczywiście jego trener znajdował się w siódmym niebie dostając szansę na rozmowę ze swoimi idolami. Był pewny, że natknęli się na większość jego ulubionych solistów.
Wkurzał się na niego z kilku powodów. Trener zmuszał go do poznania swoich przyszłych rywali, kazał z nimi rozmawiać i chociaż odrobinę ich poznać. Zwracał wtedy uwagę na wszystkich, tylko nie na niego. Można by powiedzieć, że nie miało dla niego kompletnego znaczenia, że on również jest świetnym łyżwiarzem. Ten jakby go nie klasyfikował jako kogoś wartościowego, a to dawało mu się we znaki. Zazdrościł pozostałym, że są przez Deakina postrzegani jako niesamowici, a on się nie liczył, a nikt nie mógł mu zarzucić, że jeździł źle. Ponadto ilekroć przechodzili obok jakiegoś atrakcyjnego mężczyzny, ten idiota gapił się na nich takim wzrokiem... Potrząsnął energicznie głową. O czym on, do cholery, myśli?! Ogólne rzecz ujmując wczorajszy dzień był do dupy, więc miał nadzieję, że nigdy więcej się nie powtórzy.

    - Zachowywałeś się okropnie. Mógłbyś chociaż udawać, że oni cię zainteresowali. Masz zerowy poziom empatii i uprzejmości. Ludzie, których spotkaliśmy byli mili, ale ty musiałeś pokazać jaki z ciebie buc.
    - Uważaj na słowa – warknął prawie rzucając talerzem o blat kuchenny. – Nie obchodzi mnie jakie ludzie mają zdanie na mój temat – wzruszył ramionami.
    - Och, czyżby? – brunet podparł się w boki przybierając bardzo pewną siebie pozę. – A mnie się wydaje, że jest kompletnie na odwrót. Twierdzisz tak, a prawda jest zupełnie inna. Boisz się, że ludzie wyrobią sobie o tobie złe stanowisko, że poznają cię, zaczną oceniać. Jesteś tym przerażony. Boisz się o to, co ludzie o tobie powiedzą. Masz w głowie tylko ich zdanie.