niedziela, 4 lutego 2018

Lodowa powłoka - Rozdział 16


Hej Kochani! Zaczynamy 2018 z nowym rozdziałem, który, o dziwo, jest dłuższy od poprzednich. Z czego się oczywiście cieszę. No cóż, chciałam zacząć od stycznia, jednak nie byłam w stanie tego zrobić, sami doskonale wiecie dlaczego. Być może w tym roku będę miała lepszą passę. Tak, akurat. Nadzieja matka głupich. Nie przeciągając, dziękuję Wam za komentarze i zapraszam do czytania :D




Pomimo częstego regularnego wysiłku i ćwiczenia mięśni, wielogodzinnych lekcji baletu, podczas których każdy mięsień pracuje, bez względu na mordercze treningi pod okiem Marisy, swoją aktywność fizyczną i wysportowane ciało, nie był w stanie dłużej utrzymać ciężaru, jaki dźwigał na rękach. Sapał i stękał jak chyba jeszcze nigdy, ciesząc się, że siostra go teraz nie widzi. Na pewno wyrzuciłaby mu, że mógłby poświęcić trochę czasu na siłownię, gdzie wzmocniłby ramiona i barki. Trzymając w zębach kartę magnetyczną zbliżył się do czujnika. Drzwi otworzyły się, a on niczym strzała popędził prosto do sypialni. Sekundę wcześniej udało mu się jeszcze zatrzasnąć wejście nogą, bo obydwie ręce miał zajęte. Ulgę oraz szczęście miał wypisane na twarzy, gdy dotarł do łóżka, na którym delikatnie ułożył nieprzytomną kobietę. Kiedy jej szczupłe, poobijane ciało dotknęło materaca, mógł odetchnąć z ulgą. Następnie, powoli pozwolił jej oprzeć głowę o poduszkę. Keith pochylił się nad nią i objął wzrokiem całą jej postać. Oddychała miarowo i spokojnie, jakby nie odczuwała bólu spowodowanego fioletowymi siniakami na nogach, rękach oraz w okolicy klatki piersiowej. Była to zapewne konsekwencja utraty przytomności, podczas której osoba nie reaguje na żadne bodźce, nawet ból. Uważnie obserwował bladą twarz przykrytą cieniem do powiek oraz ostrą czerwoną szminką, teraz nieco rozmazaną. Długie blond włosy okalały twarz śpiącej, opadając na poduszkę, czoło, a kilka cienkich kosmyków nawet na policzek. Krwistoczerwona sukienka nie wyglądała efektownie i powalająco, sprawiała wrażenie poplamionego kawałka brudnej szmatki, której używa się do wycierania podłogi, kurzu czy innych zabrudzonych miejsc. Ponadto zapach perfum został całkowicie zniwelowany przez śmierdzący, duszący wręcz dym. Niosąc kobietę z pewnością sam przesiąknął tym smrodem, więc kąpiel była obowiązkowa. Zanim zaczął się do niej szykować przeszedł do kuchni po szklankę z wodą mineralną, gdyby nieznajoma obudziła się pod jego nieobecność i chciała przepłukać gardło. Gdy wrócił spostrzegł, że kobieta mruczy pod nosem i niespiesznie podnosi powieki. Obserwował ją z oddali kilku metrów, nie chcąc wprawić jej w szok. Uniosła się z trudem do pozycji siedzącej, rękoma podparła się z tyłu, bo nie potrafiła złapać równowagi nawet w takiej pozycji. Ospale rozejrzała się po pomieszczeniu nie bardzo orientując się, gdzie jest i co się z nią stało. Na ile siły jej pozwalały, na tyle zdążyła rozejrzeć się po pokoju. Wtedy dostrzegła jego. Mina wymalowana na twarzy prawie w ogóle nie różniła się od tej, którą miała gdy spała. Podszedł do niej powoli i usiadł na skraju łóżka. Nie przedstawił się, bo nie miało by to dla niej teraz znaczenia, domyślał się, że niewiele informacji do niej dotrze. Przysunął się do blondynki, objął w pasie chcąc zapewnić stabilizację i przystawił do jej ust szklankę z wodą. Rozchyliła lekko wargi i wzięła kilka małych łyków. Keith odstawił szklankę na podłogę, ponownie spojrzał na kobietę. Wyglądała koszmarnie. Wory pod oczami zaczęły się pogłębiać, oczy zachodziły mgłą, w ogóle nie zdawała sobie sprawy w jakiej sytuacji się znalazła. Niespodziewanie jej ciało zwiotczało, a głowa opadając bezwiednie poleciała na jego ramię.

    - Spokojnie, nie denerwuj się i na razie nie myśl. Wszystko będzie dobrze – powtarzał, mając na uwadze, że w takich okolicznościach wsparcie emocjonalne drugiej osoby jest bardzo ważne. Złapał jej ramiona, by ponownie ją położyć. Natychmiast złapała się za brzuch i zaczęła kaszleć.

Nim zdążył wypowiedzieć choćby słowo, usłyszał ten nieprzyjemny dla ucha odgłos i zobaczył jak jego ubranie zostaje zalane wymiotami. Widząc to, czując na skórze przez materiał i odbierając obrzydliwy zapach jemu samemu wszelkie jedzenie, które tej nocy pochłonął, podeszło do gardła. Zdusił w sobie chęć puszczenia pawia. Odsunął od siebie kobietę w końcu kładąc ją z powrotem na łóżku. Zamknęła oczy i odpłynęła do krainy Morfeusza. Natomiast Keith stwierdził, że teraz już na pewno weźmie kąpiel niezwłocznie. Oddychając przez nos i siląc się na spokój podreptał do łazienki. Tam od razu namoczył koszulę oraz spodnie, bo prezent od nieznajomej znalazł się nawet na nich. Pragnął wyrzucić z pamięci tę przygodę, bo kto byłby zadowolony, gdyby jakaś baba wyrzuciła na niego zawartość swojego żołądka.
Po pozbyciu się dowodów ekscesów dzisiejszej nocy, tych przyjemnych związanych z zabawą w klubie z kobietami oraz tych, które na myśl przywodziły tylko „ohyda”, wrócił do sypialni. Blondynka leżała w pozycji, w jakiej ją zostawił, czyli na boku. Zajmowała prawą połowę łóżka, zamierzał położyć się na lewej, pytanie tylko, czy rano, gdy się obudzi nie wpadnie w szał i nie przestraszy się go. Przyszło mu na myśl, że powinien się chociaż kim jest ta pani, w zaistniałych okolicznościach, tak by wypadało.

    - Kobietę najlepiej poznasz na podstawie jej torebki – powiedział do siebie szczęśliwy, że taki pomysł wpadł mu do głowy. Co z tego, że to niegrzeczne, teraz nie miało to znaczenia. Jednak zadowolenie trwało pięć sekund, do czasu, gdy zorientował się, iż blondynka nie miała przy sobie absolutnie nic. Żadnej torebki, dokumentów, telefonu. Jedynym racjonalnym wyjściem będzie zaczekanie do rana, aż się obudzi i raczy mu wyjaśnić, jak się tam znalazła.

Chcąc zgasić światło musiał podejść do pstryczka umiejscowionego po drugiej stronie pomieszczenia – niestety w jego pokoju nie było światła na czujnik ruchu albo na pilota. To ułatwiłoby sprawę. Był wykończony. Coś mu kazało jeszcze raz spojrzeć na leżącą na łóżku kobietę. Mimo niesprzyjających okoliczności, kiepskiego wyglądu owej pani oraz zachowania jakim go pół godziny temu go uraczyła, zastanawiał się jaką osobą jest naprawdę. To co powiedział Marcus nie wpływało pozytywnie na opinię o niej, lecz intrygowało go coś więcej, to, czego nie można dowiedzieć się o drugiej osobie na podstawie wyglądu i przypuszczeń. Jedno wiedział na pewno. Blondynka nie należała do lekkich, bez znaczenia była również jej sylwetka, bo była szczupła, jednak bardzo wysoka. Podejrzewał nawet, że jest od niej niższy o kilka centymetrów, chyba że była to wina szpilek, które nosiła na nogach. Uświadomił sobie, że z nieodpartą nachalnością lustruje nieprzytomną kobietę, a to jemu samemu zdało się czymś co najmniej niemoralnym. Starając się zbytnio nie myśleć o tym dziwnym wieczorze, przykrył nieznajomą kołdrą, a sam usiadł w fotelu nakrywając się miękkim kocem wyjętym z szafy. Jego mózgu najwyraźniej nie obchodziło, że chce odpocząć i zapomnieć o wszystkim udając się do krainy snów, gdzie wszystko jest lepsze, bo ten zmuszał go do nadmiernego przetwarzania zdobytych informacji.

Widząc postać, leżącą na brudnej mokrej ziemi, nie ruszającą się, postanowił interweniować. Zwrócił uwagę Marcusa na znalezisko i natychmiast popędził do niego. Ukucnął przed, jak się słusznie okazało, młodą nieprzytomną kobietą. Odwrócił ją na plecy, odsłonił twarz zakrytą przez długie blond włosy zmieszane z błotem. Nie przyglądając się jej, nie miał na to czasu, przyłożył ucho do jej nosa, licząc w pamięci do dziesięciu.

    - Oddycha? – zapytał Marcus, który rozglądał się, czy przypadkiem nie mają publiczności. Wyglądał na spanikowanego i zdenerwowanego.
    - Na szczęście. Ale trzeba wezwać pogotowie. Niby nic jej nie jest poza tym, że jest nieprzytomna, choć to stan zagrażający życiu.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że postąpił skrajnie nieodpowiedzialnie, nie sprawdzając wcześniej czy otoczenie nie zagraża jego życiu, bo przecież to było ważniejsze. Po upewnieniu się o możliwości zbliżenia się do miejsca wypadku powinien podjąć jakieś działania. Pomyliła mu się kolejność, ale wszystko było w porządku, ten błąd nie kosztował go życie. Wyciągając komórkę z kurtki i wybierając numer na pogotowie, niespodziewanie został powstrzymany przez przyjaciela.

    - Nie rób tego.
    - Stary, zwariowałeś?! – warknął wściekły, zachodząc w głowę, czy ten facet zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji? W ciemnej uliczce, w której ledwo cokolwiek widać, przez jej dziwne ułożenie, leżał nieprzytomny człowiek potrzebujący natychmiastowej pomocy.
    - Oddycha, więc nic jej nie będzie – skwitował, gotów odejść. Keith nie wierzył w przyjaciela.
    - Więc zamierzasz ją tak po prostu zostawić? Serca nie masz?! A gdyby zamiast niej, to była twoja żona i ktoś chciał jej pomóc... Też powiedziałbyś „Oddycha, więc nic jej nie będzie”?! Jeśli myślisz, że ją tak tu zostawię... – zacietrzewił się, twarz przybrała złowrogiego wyrazu pełnego niezrozumienia dla zachowania Marcusa.

Mężczyzna podrapał się z zakłopotaniem po karku. W swojej obronie rzucił, że nie chce pakować się w kłopoty. Jego żona ma wystarczająco zmartwień. Owen kolejny raz doznał szoku. Naszła go ochota przypierdolenia kumplowi, któremu najwyraźniej brakowało serca i empatii. On stwierdził, że będąc w położeniu blondynki, nie chciałby, aby ktoś go zignorował i zostawił na pastwę losu. Chciałby pomocy od tej osoby. I toteż postanowił zrobić. Pomóc.

    - Noż, kurwa, Keith! Przypatrz się jej! Sukienka nienależąca do tanich, kryształowe kolczyki i naszyjnik jak od brytyjskiej królowej. W dodatku ten nieprzyjemny zapach – Marcus skrzywił się. – Nie chcę pakować się w kłopoty, a ta kobieta do takowych prowadzi. Nie mów, że podejrzewam najgorsze – zastrzegł, gdy towarzysz otwierał usta, by coś powiedzieć. – Mieszkam jakiś czas w Pittsburghu, więc co nieco o nocnym życiu. Nie sądzisz, że to podejrzane? Atrakcyjna, dobrze sytuowana kobieta, która śmierdzi duszącym dymem, leży nieprzytomna kilka metrów od restauracji dla „tych ludzi”. Co ja ci przed chwilą mówiłem?! Red Walls – szepnął. – Miejsce, do którego nie chcesz się zbliżać. Zawieź ją do szpitala to zaraz wykryją w jej organizmie bardzo interesujące substancje. A potem wezwą policję, która będzie przesłuchiwać świadka, czyli ciebie. Zależy ci, by pomóc tej dziwce? To zabierz ją do siebie i nie pokazuj światu.
    - Olejesz mnie? Nie pomożesz?
    - Podwiozę cię do hotelu, ale zajmuj się nią sam. W tej sytuacji pójście do szpitala to strzał w kolano.

*

Od dwóch dni czuł się jakby szybował pośród chmur, jakby jego ciało owiewał delikatny wietrzyk, promienie słoneczne ogrzewały, a słodki zapach nie ustępował, wypełniając umysł spokojem i błogością. Jak gdyby w każdej chwili mógł przysiąść na miękkim obłoku i delektować się jego jedwabistą strukturą. Takie miał wrażenia, gdy już drugi raz z kolei przespał całą noc. Nie potrafił uwierzyć, że latami ciągnące się problemy z bezsennością zniknęły niespodziewanie. Odpuścił sobie parzenie herbatki, ziółek i lekarstwa, bo to wszystko działało na samym początku, im był starszy i dłużej zażywał tej „kuracji”, tym mniejsze było widać efekty. Natomiast teraz zdawać się mogło, że pozbył się największego utrapienia. Nie wiedział czy była to zasługa fantastycznego łóżka, w którym pokochał spać po pierwszej nocy, czy spokoju i relaksu jaki mu towarzyszył po świetnym seksie, jakiego dawno mu brakowało. Seks z poprzednim kochankiem był, ale nie tak dobry jak ten, który serwuje mu Gwiazdeczka. Mógłby się przyzwyczaić do regularnego snu jaki powinien mieć każdy normalny człowiek.
Wyjął z szuflady nieużywaną jeszcze suszarkę, by nie czekać, aż włosy same wyschną. Była zapakowana, na kartonie widać było osadzający się kurz. Ciekawiło go, dlaczego Castella nie używał tego sprzętu. Jest bardzo przydatny, poza tym model był nowoczesny i dobrze by służył każdym włosom, nawet tym tlenionym jak łyżwiarza. Wytarł się pobieżnie, ręcznikiem owinął biodra, a po wytarciu mokrej od wody podłogi wrócił do sypialni. Zastał tam bardzo podniecający obrazek. Mężczyzna bez skrępowania chodził nago po pokoju, szukał ubrań, bo ostatecznie stanął przed szafą i wyjął z niej bieliznę, skarpetki, jeansowe spodnie, brązową koszulę w kratę z rękawami na 3/4 oraz beżowy sweter. Dopiero, gdy blondyn założył na tyłek majtki, podszedł do niego, wcześniej pozostając niezauważonym. Odchrząknął dając o sobie znać. Mężczyzna odwróciwszy się zlustrował go wzrokiem. Ku zaskoczeniu Charliego, na twarzy Rene pojawił się zadziorny uśmiech, a oczy błysnęły zaciekawieniem i fascynacją.

    - Ostatnim razem, gdy paradowałem „niemal nago” to się wkurwiłeś, a teraz kolejny raz próbujesz uwieść mnie wzrokiem?
    - Ostatnim razem nie chciałem, żebyś znał o mnie prawdę. A gdybym nagle dostał wzwodu, jak dostałem wtedy, to szybko dodałbyś dwa do dwóch – bez skrępowania, powoli pochylał się by nałożyć na siebie kolejno warstwy ubrania, wypinając się w jego stronę.
    - Wziąłbym cię tu i teraz – jęknął przyciągając do siebie Gwiazdeczkę. Przywarł biodrami do jego pośladków, w które pragnął się ostro wbić. Raptem, przyszło mu do głowy coś, nad czym zastanawiał się pierwszym razem, gdy uprawiali seks. – Nawet jeśli w którymś momencie domyślałem się, że jesteś ukrytym gejem i, że pewnie uprawiałeś seks choć raz, to i tak zaskoczyło mnie twoje zachowanie w łóżku. W życiu bym nie pomyślał, że będziesz tym, który rozstawia nogi – nie puszczał go tylko przyciągał bliżej do siebie, by objąć Castellę ramionami.
    - Myślałeś, że jestem typem dominującym? – zaśmiał się pod nosem, zapinając guziki koszuli, co było o tyle trudne, że miał ograniczoną swobodę ruchów. – Lubię rządzić w łóżku i wydawać rozkazy, ale na tym się kończy moja dominacja. Preferują coś innego – puścił mu oczko – więc jeśli chciałeś, żebym ci włożył, to się rozczarujesz.
    - To nawet lepiej – szepnął mu do ucha. – Mam pewność, że nigdy nie będziesz próbował mnie namówić do zamiany.
    - Zamiana w twoim wypadku nie wchodzi w grę? – prychnął odsuwając go od siebie. Dokończył ubrać się w ciszy, która nagle między nimi zapadła. On wciąż stał jak słup soli nie odrywając wzroku od kochanka. Castella, facet, którego nie potrafił znieść, jest jego kochankiem. Nadal dziwnie było w to uwierzyć. – Twoja rodzina nie martwi się, że nie było cię w domu od dwóch dniu? – zapytał nagle odwracając się do niego.
    - Nie muszą wiedzieć gdzie się włóczę. Jestem dorosły, nie ma potrzeby, bym się im tłumaczył. Rozumieją to i nigdy nie pytają. Mam prawo do prywatności, pomimo że wciąż z nimi mieszkam. A co?
    - Nic. Ale wracaj dzisiaj do domu, bo zaczyna mnie denerwować oglądanie ciebie w tych samych ubraniach dwa dni z rzędu. Pomijając w ogóle to, że noszenie wyłącznie czarnych skórzanych ubrań to dno – wyszedł z sypialni udając się na parter. Mieli zaraz wychodzić. – I zacznij się w końcu ubierać! Na zaproszenie czekasz?

Ocknął się po tych słowach i zaczął poszukiwania ubrań, które walały się po całym pomieszczeniu. Pozbierawszy je, szybko się ubrał. Pięć minut później znalazł się w przedpokoju, gdzie wciągał na nogi skórzane glany, których nie miał w zwyczaju zawiązywać. Pozwalał, by sznurówki zwisały z butów, były na tyle krótkie – po tym jak je skrócił – że nie nadepnąłby na nie i przypadkiem wywinął orła. Castella zamknął drzwi wejściowe i ruszyli w kierunku podjazdu. Oczywiście, nie obeszło się bez sprzeczki, gdyż nie potrafili zdecydować czy do miasta jechać samochodem Rene, czy motocyklem Charliego. Każdy z nich uważał, że akurat jego pojazd jest lepszy. Ten pierwszy ani myślał wsiadać na dwukołową bestię, na której o wypadek nie trudno. Natomiast drugi jasno powiedział, że przy nieumiejętnym kierowcy bardziej niebezpieczna jest stalowa puszka, z której brak drogi ucieczki. Ostatecznie nie żaden z nich nie przekonał rozmówcy do zmiany zdania. Łyżwiarz stwierdził, że prędzej skona niż pozwoli zawlec się na to coś z dwoma kołami, ponadto brak pasów zmuszałby go do obejmowania Deakina. Ostatnim co w życiu zrobi, to pozwoli, by ktokolwiek zobaczył, jak obejmuje mężczyznę. Charles jako pretekst podał to, że od ponad tygodnia nie używał motocykla, bo zabrać go do Salt Lake City raczej nie mógł. Maszyna stała w garażu tego domu, stęsknił się za nią, więc musi się przywitać. A czy był na to lepszy sposób niż jazda pierwsza od dawna?

    - Powiedziałeś, że chcesz mnie gdzieś zabrać, bo pomoże mi to w kolejnych zawodach, ale co właściwie miałeś na myśli? Gdzie jedziemy? – zapytał zanim wsiadł do białego Lamborghini Cabrio.
    - Jedź za mną i nie popisuj się. Dowiesz się gdy dotrzemy na miejsce – rzucił na odchodnym i odpalił ukochaną maszynę. Silnika zaryczał, a on z pełną satysfakcją ruszył z piskiem opon.

W niecałą godzinę dotarli do centrum Akron. Deakin przeciągnął go przez pół miasta, by w końcu zatrzymać się przed ośrodkiem sportowym. Nie musiał pytać, by odgadnąć, że mieściło się tam lodowisko. Choć zastanawiało go, dlaczego kochanek nie skorzystał z jego własności znajdującej się za domem, tylko musieli przejechać taki kawał drogi. Gdy o to zapytał w odpowiedzi dostał milczącego, wyraźnie zadowolonego z siebie Charlesa. Po zajęciu miejsc parkingowych udali się do środka. Rene bynajmniej nie spodziewał się ujrzeć gromadki rozwrzeszczanych gówniarzy, którzy wykonywali różne figury pod okiem opiekunki. Dowiedział się, że młoda kobieta nazywa się Lizzy, tym imieniem zwrócił się, a raczej krzyknął towarzysz. Ta odwróciła się, a ujrzawszy jego, zdawała się nie wierzyć własnym oczom. Natychmiast zeszła z lodowiska, uprzednio zwracając się do dzieciarni, by zrobili sobie przerwę.

    - Rene Castella – szepnęła zbliżając się bardziej, niż by tego chciał. Jej oczy błyszczały ze szczęścia, szeroki uśmiech nie schodził z twarzy, a ręce plątały się jakby nie wiedziały w jakiej pozycji się ułożyć.
    - Nie wariuj na jego widok – wskazał na Gwiazdeczkę, hamując zapędy kumpeli.
    - Och, zamknij się. Mam okazję spotkać mojego ukochanego sportowca, a ty nie pozwalasz mi się tym cieszyć – warknęła na niego. Zwracając się do Rene rzuciła, robiąc posępną minę: – Bardzo mi przykro z powodu ostatnich zawodów. Wygrałbyś je bez problemu, jestem o tym przekonana. Byłeś najlepszy – ponownie promienny uśmiech pojawił się na jej ustach. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć trener, bo w końcu wciąż nim jest, ubiegł go. Wyprostował się, podparł w boki i z pewnością siebie wyrzucił:
    - Castella jest wystarczająco zadufany w sobie i narcystyczny, nie musisz dawać mu kolejnych powodów, by myślał, że jest niezwyciężony. Nie jest – Lizzy wytrzeszczyła szeroko oczy w niedowierzaniu, zaś Rene wzburzył się. Został skrytykowany przy tej kobiecie, ktoś wytknął mu błędy, a to był dopiero początek. – Przegrał, bo zamiast skupić się na jeździe myślał o niebieskich migdałach. Był zbytnio przekonany o swojej wielkości i o umiejętnościach, które, pomimo wielu treningów, wymagają poprawy. Ponadto główny problem nie tkwi dokładnie w jeździe, tylko w nim. Więc przestań go zachwalać, nie popisał się niczym szczególnym.

W tym momencie Rene nie wytrzymał. Zgryzł wargi, by przy obcych nie robić scen. Pohamował swoją wściekłość, którą Deakin sprowadził w pół minuty. Odwrócił się na pięcie z zamiarem opuszczenia hali, jednak jego dłoń została gwałtownie ściśnięta. Silniejszy brunet pociągnął go w tył, przed upadkiem uchroniło go przytrzymujące ramię. Stwierdził, że dawno nie miał ochoty przypieprzyć temu cholernemu motocykliście, więc dziś musiał być ten dzień.

    - Co ty odpierdalasz? – syknął mu do ucha, teraz chcąc je odgryźć.

Charles postawił go do pionu, odwracając przodem do Lizzy, która stała lekko oszołomiona. Uspokoił ją i wytłumaczył, że nie przyjechał tu z nim bez powodu. Choć tego powodu jeszcze mu nie zdradził. Wolał wiedzieć, po jaką cholerę, trener przywlókł go tutaj, zamiast zostać w ciszy i spokoju w hali za domem. Dodał też, by sobie nie przeszkadzali i kontynuowali zajęcia. Gdy kobieta odeszła usiedli na ławkach. Deakin rozkraczył się jakby siedział w barze, brakowało mu tylko fajki i piwa. Odsunął się na odpowiednią odległość, aby nie siedzieć zbyt blisko. Nadal nie dostał odpowiedzi, co tu robią. Na pytanie dostał kolejną wiele mówiącą odpowiedź.

    - Masz patrzeć na wyczyny tych dzieciaków, na to jak się zachowują, ucząc się i kształcąc swoje umiejętności. Obserwuj i wyciągaj wnioski.
    - Próbujesz mi powiedzieć, że mam brać z nich przykład? Z niedoświadczonych dzieci, którym brak talentu, a wykonanie najprostszej figury sprawia trudności? Nie żartuj – prychnął. Był pewny, że facet sobie kpi, ale on był poważny, co potwierdziły jego słowa.
    - Bingo – brunet puścił mu oczko. – I nie wyjdziemy stąd, dopóki nie zrozumiesz swoich podstawowych błędów.

Po trzech godzinach dotarło do niego, że upierdliwy i irytujący w tym momencie kochanek rzeczywiście nie żartował. Siedział obok niego, marzł od bezczynnego siedzenia i jedyne o czym marzył to, żeby postawić nogi na lodzie i jeździć. Bo była to jedyna rzecz w jego życiu nadająca mu sens. Musiał jeździć, żeby wygrywać i zdobywać coraz to nowsze medale, puchary i większą sławę. Czuł, że wtedy rodzina będzie z niego dumna.
Jak zauważył do tej pory lekcje miały dzieciaki w wieku, około, od czterech do ośmiu lat. Lecz te już wychodziły odbierane przez rodziców. Na ich miejsce przyszły nieco starsze, przypuszczał, że najstarsze dziecko mogło mieć trzynaście lat. Jak w przypadku poprzedników opiekowała się nimi Lizzy. Największą różnicą było to, że starszaki miały lepiej rozwinięte umiejętności i sprawniej sobie radziły na lodowisku. Było ich siedmiu. Pięć dziewczyn i dwóch chłopców. Instruowani przez kobietę wykonywali swoje układy. Każde z nich przygotowało własny niepowtarzalny występ, po kolei je pokazywali reszcie.

    - Lubię pracę z dziećmi, Lizzy także. Gdy dołączyłem do grona instruktorów czerpałem satysfakcję, że mogę ich czegoś nauczyć. Jak jest z tobą? – ku jego zdziwieniu Deakin rozpoczął rozmowę. Właściwie to szeptali do siebie, bo każdy hałas mógł rozpraszać uczniów, co sprawiło, że musieli usiąść bliżej. Dotykali się ramionami.
    - Nie lubię dzieci – burknął. – Są rozwrzeszczane, nieusłuchane, robią co chcą, nie słuchają jak się do nich mówi, są denerwujące z natury. Dlatego nie czuję się tu dobrze. Moglibyśmy już wracać.
    - Przez chwilę sądziłem, że opisujesz siebie. Idealnie wpadasz w ten opis – zaśmiał się, na co Rene poczerwieniał na twarzy. – Podejrzewam, że nigdzie, gdzie przebywają ludzie, nie czujesz się dobrze. Wymarzone dla ciebie miejsce to własny dom, w którym możesz się zamknąć przed światem i unikać ludzi. Jesteś skrajnym introwertykiem. Takie odnoszę wrażenie.
    - Twoje wrażenie jest błędne. Po prostu nie lubię ludzi – syknął opatulając się własnymi ramionami. Ludzie to powód do rozczarowań, to kłamcy, którzy tylko czekają, aż się potkniesz, by potem cię wyśmiać, przebrnęło mu przez myśl.
    - No dobra – westchnął męczeńsko. – Ale wyciągnąłeś wnioski?
    - Jeśli o to chodzi – urwał na sekundę – nie rozumiem jak mam wyciągnąć wnioski dotyczące mojej profesjonalnej jazdy, na podstawie umiejętności dzieciaków, którym wiele brakuje do perfekcji. Jaki mam niby wziąć z nich przykład? Żadne z nich nie jest w stanie dorównać poziomem dorosłemu. To one powinny uczyć się ode mnie – skwitował. Nie rozumiał, dlaczego trener zrobił minę.

Zapadła między nimi cisza. Muzyka potrzebna kolejnej osobie do pokazu rozbrzmiała w całej hali. Melodia i słowa utworu „A Thousand Years” przyprawiły go o szybsze bicie serca. Niska, szczupła dziewczyna, mająca może jedenaście lat, udowodniła, że bez względu na wiek, można być utalentowanym. Skupiła całą jego uwagę na sobie, nie zdając sobie z tego sprawy. Jej ruchy były płynne, delikatne ale i zdecydowane, gdy przyszło do trudniejszych figur. Nie straszny był jej upadek, po którym szybko się podniosła. Po nim uśmiechnęła się pod nosem, a później, kiedy upadła drugi raz śmiała się sama z siebie. Jakby zdawała sobie sprawę, że potrzebuje się podszkolić, ale robi to, co kocha, więc czerpie z tego przyjemność. Jej czerwona buzia promieniała po skończonym występie. Usłyszał jak mówiła, że nie był on doskonały, popełniła wiele błędów, raz rozpoczęła wyskok od złej nogi, przez co ledwo wylądowała. Jednak przez cały czas uśmiech nie schodził jej z twarzy, a jej ciało było rozbudzone adrenaliną. Przyznała, że jej serce bije jak oszalałe, bardzo się denerwowała, ale dała z siebie wszystko. Z pasją, energią i szczęściem wykonała – tak o nie myślał – smutną i smętną piosenkę. Pomimo błędów, problemów podczas pokazu, zdenerwowania i stresu potrafiła czerpać przyjemność z łyżwiarstwa, ponieważ to kochała. To dziecko, nawet jeśli czegoś się od niego wymaga, potrafi temu sprostać, nie przejmuje się niczym, wierzy w siebie i bawi się.
Oparł ręce łokcie na nogach i opadł ciężko tułowiem na nie. Był wykończony od nadmiernego myślenia, ponadto od rana nie zjadł nawet płatków z mlekiem, więc burczało mu w brzuchu. Do jakichś wniosków doszedł, nie wiedział tylko, czy o takowe Deakinowi chodziło. Niemniej jednak nie zamierzał zamarznąć.

    - Kumam co próbujesz mi powiedzieć – stał i zaczął dmuchać w dłonie. Gdyby wiedział, gdzie i jak długo będą, to wziąłby cieplejsze ubranie. Kochanek był cwany, bo pod siedzeniem w motocyklu miał kurtkę.
    - Czyżby?
    - Tak, chodźmy już. Umieram z głodu.
    - Umierasz z głodu, powiadasz? Zatem zapraszam do mnie – głos wyraźnie starszej kobiety zwrócił ich uwagę. Kilka metrów dalej stała wysoka, szczupła, szatynka, której włosy spięte były w kok. Ubrana była w czerwony płaszcz puchowy, który przy kapturze miał czarne futro. Mimo wysokiego wzrostu nogi ozdabiały czarne szpilki. Gdy podeszła bliżej Rene mógł dokładnie przyjrzeć się jej ostrym rysom szczęki oraz policzków. Niebieskie oczy błysnęły niebezpiecznie, kiedy spostrzegła, że się jej nachalnie przygląda. – Panie Castella, musi się pan tak mi uważnie przyglądać? Nie pamięta mnie pan? Ależ byłabym zapomniała – jęknęła teatralnie, kładąc rękę na czole. – Gdyby pan, panie Castella, był łaskaw częściej się pojawiać na moich zajęciach, nie przegrałby pan z kretesem. Ileż to my się już nie widzieliśmy? – podniosła głos, na co Rene skulił się. Przypomniał sobie. Ten przeraźliwy głos, ciągłe rozkazywanie, powtarzanie tych samych czynności, naciąganie mięśni i ostre pazury tej baby rysujące ścianę raz po raz, gdy coś robił źle. Kątem oka spostrzegł, że Deakina wyjątkowo rozbawiła cała sytuacja.
    - Tata mi przypomniał, że od dawna unikasz lekcji baletu z Julią. Pomyślałem, że odświeżę ci pamięć – na jego pytające spojrzenie odparł: – Począwszy od dzisiaj, będziesz regularnie uczęszczał na zajęcia baletu do Julii. Zabieramy się na poważnie za naprawianie twoich błędów, dokręcimy cię i nieco utemperujemy. Takie zadanie ma przede wszystkim Julia – trener zdrajca zaśmiał się na widok jego miny.
    - Będziesz chodził jak szwajcarski zegarek – kobieta przeszyła go wzrokiem. – Niech pan, panie Deakin, się nie śmieje. Jeśli zajdzie taka potrzeba, i pana utemperuję. Ponadto, nie Julia, a „pani Julia”. Czy to jasne?! - obaj bezsprzecznie przytaknęli skinieniem głów. Na widok tej kobiety zawsze dostawał gęsiej skórki. Jako osiemnastolatek pierwszy raz poznał Julię Augustinę za sprawą Arkady'ego. Szkoliła go w kwestii baletu, jednak nienawidził tych lekcji i unikał ich jak ognia, włącznie z nauczycielką. Miał właśnie koszmarny powrót do przeszłości. – Jak mówiła, zapraszam do mnie, zjecie coś, a potem zabierzemy się do ciężkiej pracy – fuknęła na nich. Najwyraźniej Charles również czuł do nie respekt.


*

Ciesząc się, że w końcu mógł skończyć rozmowę z Anderą wysiadł z taksówki. Zanim skierował kroki do hotelowego holu zapłacił młodemu mężczyźnie odliczoną sumę. Powitał go odźwierny. Natychmiast skręcił w stronę windy, jego apartament znajdował się na dwudziestym piętrze, a nie zamierzał później wypluwać sobie płuc, po morderczym spacerze schodami. Czekając aż winda przyjedzie na parter, a obecnie znajdowała się na podziemnym parkingu, odtworzył w pamięci wizytę u ginekologa, do którego tak bardzo chciała dostać się narzeczona. W poczekalni spędził pięć godzin modląc się, by facet w końcu go przyjął. Nie wiedział jak dokładnie to wyszło, ale kobiety z recepcji kazały się udać na rozmowę do niego, chociaż wiedział, że normalnie rejestracja do lekarza tak nie wygląda. Ale poruszył ze starszym facetem z gęstą brodą – to była jedyna rzecz jaką w nim zapamiętał – wszystkie tematy, o których chciała wiedzieć Andrea, potrzebne informacje i tym podobne. Dużo tego było, ale zapisał wszystko na kartce, więc nie musiał się przejmować, czy na pewno niczego nie pominął. Termin spotkania kobieta ma za dwa trzy miesiące. To dość długo, ale skoro się uparła, będzie zmuszona poczekać. Jeśli chodzi o niego, wolałby mieć to z głowy i odwiedzić lekarza w ich mieście. Tak też się specjaliści. Poza tym chciałby się upewnić, że z maluchem w porządku. A trwać w niepewności przez kilka miesięcy bez sprawdzenia i przebadania się uważał za głupotę. Głupotę przyszłej żony. Najważniejsze jednak było to, że załatwił sprawunki i mógł wrócić do hotelu. W drodze powrotnej kazał taksówkarzowi zatrzymać się przed sklepem z dziecięcymi ubraniami. Postanowił, że kupi maluchowi pierwsze ubranko i za radą sprzedawczyni wybrał odpowiednie, licząc, że po urodzeniu będzie pasowało. Może małymi kroczkami zacznie się przyzwyczajać, a może już się to działo.
Zmierzał właśnie do pokoju zastanawiając się, czy nieznajoma już się obudziła. Żywił głęboką nadzieję, że nie przestraszyła się i zachowała spokój. A co ważniejsze, nie uciekła w popłochu, bo zamierzał z nią porozmawiać. Pragnął wyjaśnić kilka kwestii, tę dotyczącą „Red Walls” również, ponieważ chciał wiedzieć, czy słowa Marcusa miały odzwierciedlenie w rzeczywistości. Przekroczywszy próg sypialni, w której zostawił śpiącą, stwierdził, że jest pusta. Miał ochotę walić głową w ścianę. Czemu był tak naiwny i pozwolił blondynce się wymknąć? Niespodziewanie przypomniały mu się słowa wypowiedziane przez siostrę w odniesieniu do Castelli: „Każdy ma prawo być głupi, ale niektórzy nadużywają tego przywileju”. Zdanie w tym momencie idealnie pasowało także do niego. Przeczesał wszystkie pomieszczenia w apartamencie, lecz nie przyniosło to żadnych rezultatów. Jedynym miejscem, w które nie zaglądał to łazienka. Z duszą na ramieniu otworzył drzwi, a słysząc dźwięk wody w kabinie prysznicowej przygnębienie ustąpiło miejsca radości. Wiedział, że nie powinien, bo narusza właśnie czyjąś prywatność, lecz wszedł do łazienki. Biorąc pod uwagę wydarzenia ostatniej nocy i fakt, że wczoraj blondynka ledwo trzymała się na nogach, wolał się upewnić, że nie przewróciła się i nic jej nie jest.

    - Halo? – rzucił ostrożnie chcąc ją jakoś uprzedzić o swojej obecności. – W porządku? Jak się czujesz?

Gdy nie dostał żadnej odpowiedzi zaniepokoiło go to. Naszły go złe przeczucia, a w głowie kiełkował najczarniejszy scenariusz. Ktoś mógłby mu zarzucić brak kultury i poszanowania prywatności, ale miał to teraz gdzieś. Nie zamierzał się tłumaczyć policji, kiedy okaże się, że kobieta zemdlała, uderzyła się i... Wstrząsnęło nim. Raptownie poczuł jak po kręgosłupie przebiegają lodowate dreszcze. Nogi chyba wrosły mu w podłogę, a oczy zdawały się nie wierzyć w to, co widzą. Zamiast kobiety, którą na rękach przyniósł do hotelu zastał mężczyznę do złudzenia przypominającego nieznajomą. Mógłby przysiąc, że twarz, teraz pozbawiona makijażu, postura ciała, wzrost oraz siniaki były identyczne do tych, które widział wczoraj. To było absurdalne i pragnął, by nie działo się naprawdę. Los jednak sobie z niego zadrwił. Kolejnym dowodem na autentyczność sytuacji i próbę udowodnienia, że kobieta magicznie zamieniła się w mężczyznę była wisząca na wieszaku czerwona brudna sukienka.
Słabo zrobiło się mu, kiedy długowłosy blondyn zdał sobie sprawę z jego obecności i odwrócił się en face. Ich oczy spotkały się na dwie sekundy, a potem Keith bez udziału świadomości przeniósł spojrzenie na jego krocze. Dostał dosadny dowód na potwierdzenie płci, jakiej była ta osoba.