niedziela, 15 lipca 2018

Lodowa powłoka - Rozdział 22

Hej, Kochani. Wybaczcie, jeśli gdzieś pojawią się błędy i za lichy rozdział. Kiepsko się czułam i dzisiaj to wszystko, na co mnie stać. Za tydzień, mam nadzieję, będzie lepiej :). Tymczasem dziękuję za każdy komentarz, zachęcają mnie do pracy.



Charlie, nie odrywając od blondyna wzroku czekał cierpliwie na odpowiedź. W tym momencie pragnął usłyszeć ją bardziej niż cokolwiek innego. Zastanawiał się, czy możliwym było... Głupoty się go trzymają. Gwiazdeczka nie ma tyle odwagi, by przyznać się do bycia zazdrosnym. Skoro ukrywa nawet, przed wyjściem na światło dzienne, swoją orientację seksualną. Tak jakby w tych czasach w Ameryce było to coś złego. Widział, że boi się opinii fanów i ich rozczarowania, ale bycie sobą powinno być dla człowieka najważniejsze. Dlaczego ktoś miałby udawać kogoś kim nie jest?

    - Denerwuje mnie po prostu, że masz faceta, którego kochasz, a mimo to bzykasz się ze mną – rzucił nie spoglądając na niego. Wpatrywał się w biegającego w tę i z powrotem Lupo. – Nie rozumiem dlaczego.
    - Chwileczkę – uniósł ręce w geście obronnym – powiedziałem kiedykolwiek, że spotykam się z kimś? To wcześniej, w wiadomości... To tylko żarty. Z tamtym gościem nie sypiam od dwóch lat. Czasami tylko wyskoczymy na piwo. Nie jestem osobą, która mając partnera mogłaby go zdradzić. Dotrzymuję wierności.
    - Nie o niego mi chodzi, młotku – warknął. Pies niespodziewanie wbiegł do domu, co sprawiło, że obejrzeli się za nim. Chwilę później stanął naprzeciwko Rene z piszczącą gumową piłką. Mężczyzna wyrwał zabawkę z uścisku i rzucił daleko, Lupo nie czekając na pozwolenie pognał za nią.
    - No dobra, był jeszcze ktoś, ale jakieś pół roku temu zakończyłem ten związek. Nie widziałem się ze swoim ex od tamtego czasu, zresztą nigdy nie zamierzałem. Wpakowałem się wtedy w bagno.
    - Kurwa, idioto – krzyknął wściekły. Charlie już nie musiał pytać, czy Gwiazdeczka była zazdrosna, wyraźnie widział to na jej twarzy. Nie ukrywał, że spodobało mu się to. – Rozmawiałeś kiedyś z Melindą i wtedy powiedziałeś, że go kochasz. Mówię o facecie, do którego tak pędziłeś, kiedy do ciebie zadzwonił. Wystarczył jeden telefon i byłeś na jego zawołanie.

Przez moment myślał, że Castella robi sobie z niego jaja, lecz im dłużej przyglądał się naburmuszonej minie, rękom skrzyżowanym na klatce piersiowej i napiętej postawie ciała tym bardziej upewniał się w przekonaniu, że Rene jest zazdrosny o Ivana. O „mężczyznę, którego on kochał”. Zanim zdążył się powstrzymać, zatkać usta dłonią, wybuchnął niekontrolowanym śmiechem. Wprawiło to blondyna w jeszcze gorszy humor, toteż złapał za kule – do tej pory opierał się o ścianę domu – i skierował się do środka. Zwierzę, widząc to z daleka popędziło za swoim właścicielem. Charlie dołączył do nich w połowie drogi do salonu zatrzymując mężczyznę.

    - Odwal się – syknął, próbując się wyrwać z uścisku, nie było to jednak proste zważywszy na siłę napastnika i jego obolałe ciało.
    - Muszę przyznać, że twoja zazdrości mi schlebia – szepnął mu na ucho pochylając się. – Daj mi coś sprostować. Po pierwsze, podsłuchiwanie to zły nawyk. Po drugie, facet, o którym mówisz nazywa się Ivan. Po trzecie, nigdy nie twierdziłem, że czuję do niego romantyczną miłość.
    - Wiec jaką? Myślałem... – dwukolorowe oczy zwróciły się do niego, jeśli się nie mylił, wyrażały równocześnie zakłopotanie i radość. Choć to drugie było lepiej ukrywane.

Wskazał kanapę, na której obaj usiedli. Rene odłożył kule na bok i oparł się powoli o poduszkę. Żebra wciąż nie dawały mu spokoju, do nogi w gipsie zaczął się przyzwyczajać. Uśmiechnął się do niego pogodnie, by wiedział, że nie wyśmiewał go. Słowa mężczyzny go rozśmieszyły, co nie oznaczało, że było w tym coś złego. Usiadł do niego bokiem podwijając nogę pod tyłek. Tak siedziało mu się najwygodniej. Naszła go ochota ma objęcie blondyna, ale ten pewnie tego nie chciał. Wolał nie ryzykować, atmosfera sprzyjała rozmowie, nie zamierzał tego spierdolić. Nie widział problemu w opowiedzeniu o Bardzie kochankowi.

    - Poznałem Ivana kilka lat temu – powziął zwracając na siebie uwagę słuchacza. – Już wtedy miałem duże problemy z bezsennością, co przekładało się na moją naukę na studiach. Mimo że głupi nie byłem, dorównać poziomem innym było trudno. Raz wróciłem do domu wściekły, z wielu powodów, więc stwierdziłem, że muszę się wyszaleć, odprężyć. Jazda motocyklem mnie relaksuje. Pojechałem aż do Tennessee, nie wiem dokładnie dlaczego, coś mnie tam ciągnęło. Chciałem szybkiej niebezpiecznej jazdy, chociaż zdawałem sobie sprawę, że postępuję idiotycznie. Gdyby tata albo mama się o tym dowiedzieli skonfiskowaliby mi motocykl do końca życia – zaśmiał się ironicznie. – Nie zdawałem sobie sprawy, że zaczynam zasypiać przed kierownicą. Nie czułem nawet jak pojazd sam skręca na różne strony. Niczego nie pamiętam, ale Ivan twierdził, że brakowało kilku metrów, żebym się rozpierdolił o skały. Jedyne co zostałoby po mnie to szczątki motocyklu i czerwona plama. Czasami myślę sobie, że los nie przypadkiem postawił nas na tamtej drodze w tym samym miejscu i czasie. Nie mam pojęcia jak to zrobił, ale zatrzymał mnie i tym samym uratował życie. Rzecz jasna, rodzice nie mają pojęcia jak się poznaliśmy. Po prostu wiedzą, że się przyjaźnimy. Kocham Ivana jak brata, o którego stale muszę się martwić. On jest... specyficzny – westchnął ciężko. Mógłby wymienić wiele jego wad, ale po co? Nie lubił mówić o nim źle, choć bywały momenty, w których aż sam się o to prosił. – Ma problemy, mimo że nie chce się do nich przyznać, dlatego zawsze czekam na telefon. W każdej chwili jestem gotowy, żeby do niego pojechać. Jednak zwykle nie jest to zaproszenie na kawę czy miłe spędzenie czasu.
    - Chyba długo nie gadaliście.
    - Taa... Powiedziałem mu, że jeżeli się nie zmieni, to niech do mnie nie dzwoni – zamyślił się. Z pewnych względów cieszył się, że mógł to z siebie wyrzucić. Mimo tego, czekał, aż przyjaciel się z nim skontaktuje.

Przenieśli wzrok na psa, który usiadł naprzeciwko i machał radośnie ogonem jakby słuchając wywody Charliego. Przymierzał się do skoku na sofę, przez moment nie wiedział, czy nie spotka się to ze zdenerwowaniem Rene. Lecz kiedy mężczyzna nie skomentował zachowania psa, przesunął się i zrobił dla zwierzaka miejsce pomiędzy nimi dwoma. Lupo, nie czekając na komendę wskoczył i wiercił się szukając wygodnej pozycji do ułożenia się. Pogłaskał go energicznie zaczynając się z nim droczyć. W pewnej chwili zerknął na przyglądającego im się Rene.

    - Zachowałeś się niesamowicie. Większość osób albo nie miałaby odwagi, by go zabrać z lasu, albo zostawiłaby w schronisku.
    - Nie pozwoliłbym na to – również poklepał psiaka wprawiając go w doskonały nastrój. Lupo stanął przednimi łapami na jego udach i wypiął się dumnie. – No, co chcesz? No co? – Odchylił się nieco kiedy do nosa doszedł nieprzyjemny oddech. – Fiołkami nie pachniesz. Zawsze lubiłem zwierzęta – rzucił jakby w przestrzeń, dopiero potem zwrócił twarz do Deakina. – Moi rodzice nigdy się nie zgadzali na trzymanie żadnego w domu. Nawet rybki w akwarium nie mogłem mieć. Nie przeszkadza mi sierść, przecież można ją posprzątać. I tak nigdzie teraz nie wyjeżdżam, a jeśli nawet to jest jeszcze Melinda – zaśmiał się.
    - Moja mama ma uczulenie na każdy rodzaj sierści, więc trzymanie jakiegoś zwierzaka w domu było wykluczone – odparł z żalem. Nie odrywał wzroku od blondyna uśmiechającego promiennie. Gdybyś tylko częściej się takim pokazywał, pomyślał. Rene nie wyglądał dobrze ze skwaszoną miną na twarzy, uśmiech od ucha do ucha bardziej mu pasował.

Niespodziewanie dla samego siebie, uniósłszy dłoń wtopił ją blond włosy. Przeczesał między palcami jasną przydługą grzywkę, wydawała mu się delikatna i lekka. Dotknął bladego policzka muskając kciukiem jego powierzchnię. Podpierając się na drugiej ręce zbliżył się do łyżwiarza. Uświadamiając sobie, że ten przymyka oczy pozwalając na odrobinę czułości, śmielej postępował. Niemal dotknął rozchylonych chętnych warg, przyjmujących z przyjemnością pocałunki, jak to bywało wcześniej. Zdążył słabo musnąć usta, a potem został uderzony pyskiem przez Lupo, myślącego, że to kolejna zabawa.

    - Popsułeś miłą atmosferę – mruknął masując brodę.
    - Daj biedakowi spokój – zaśmiał się Castella. – Nawet jeśli utrzymałaby się, to i tak nie mogę uprawiać seksu.
    - Wiem – skwitował wstając i przeciągając się. Wolał zamilknąć, niż powiedzieć, że nie chodziło mu o seks, tylko o trochę pieszczot nie prowadzących do stosunku. Owszem, Rene był świetny w łóżku, chętny, uległy, perwersyjny, taki jak lubił, aby kochanek był. Jednak czerpałby satysfakcję również z romantycznie spędzonych chwil, nie koniecznie kończących się namiętnym, zwierzęcym seksem. Przypuszczał, że dla łyżwiarza nie miały znaczenia uczucia, a jedynie przyjemność płynąca z dotykania drugiego ciała. Aby nie wyjść na mięczaka – z jakichś powodów nie chciał być tak postrzegany – zmienił temat. – Dlaczego akurat „Lupo”? Skąd przyszło ci to imię do głowy?
    - Słyszałem, że o psach tej rasy mówi się często, iż mają w sobie jakieś geny wilka, są typem wilkowatym. Po włosku „Lupo” oznacza wilka.
    - Sprytne, właściwie pasuje mu.

* * *

Trzeci dzień z rzędu zastanawiał się, jak mógł postąpić tak skrajnie nieodpowiedzialnie. Zwariował, to jedyne wyjaśnienie. Nie powinien wyjeżdżać z domu przed samymi zawodami. A jednak zrobił to, choć najpóźniej za tydzień powinien być w Japonii. Miranda i Marisa wyjechały tam w tym samym czasie, kiedy on wyruszał do Pittsburgha. Mieli spotkać się wkrótce w Tokio w wiosce dla sportowców.
Ostatni raz zagościł tutaj ponad miesiąc temu, gdy został zmuszony do załatwienia lekarza dla Andrei. Od tamtego czasu dużo się wydarzyło. Wrócił do domu, uczestniczył w przyjęciu, które organizowali bliscy przyjaciele rodziców, wtedy też oficjalnie, przy ponad dwóch tysiącach gości, ogłosił zbliżający się ślub. Przez resztę nocy zbierał gratulacje i rozmawiał z wieloma osobistościami mającymi nadzieję na zaproszenie. Oprócz tego codziennie odbywały się wykańczające treningi z Marisą, siostra nabawiła się opuchlizny na skaleczonej dloni, co skutkowało kilkudniowym uziemieniem. Wybrali odpowiednie stroje, szalone, kolorowe i bardzo oddające nastrój piosenki „Come Alive”. Spędził kilka chwil w łóżku z narzeczoną, co nie znaczyło, że dzięki temu zrelaksował się i pozbył stresu narastającego wprost proporcjonalnie do zbliżających się Mistrzostw Świata. Nadal nie rozumiał własnego zrywu, bo przyjazd do Pittsburgha był spontaniczny. Kiedy stwierdził, że nie dane mu będzie odwiedzenie Ivana zawiódł się, gdyż naprawdę liczył na spotkanie. Dostał do niego jedyną okazję dopiero na lotnisku w Filadelfii, kiedy to zamiast zakupić bilet do Tokio, pod wpływem chwili wziął ten do Pittsburgha.
Zatrzymał się w „Hermesie” licząc, że mężczyzna wciąż tam mieszka. Na szczęście szybko się okazało, że nie będzie musiał szukać blondyna po całym Stanie. Nadal wynajmował jeden z apartamentów. Trzy dni temu przypadkiem natknęli się na siebie w restauracji hotelowej. Od tamtego dnia z chęcią spędzali ze sobą każdy dzień. Nigdy nie sądziłby, że czas w towarzystwie tego szaleńca upłynie szybko jak mrugnięcie oka i tak miło. U boku Barda – w końcu się dowiedział jak ma na nazwisko – zwiedził wiele fascynujących miejsc, poszedł do filharmonii, kina lecz chyba najlepiej bawił się w barze szybkiej obsługi, gdzie pierwszy raz od dawna pozwolił sobie na spożycie fast foodów. Uzgodnili, że na finałowy dzień pobytu w mieście wyskoczą gdzieś, gdzie jeszcze nie byli. Oznaczało to, że restauracja, klub, kino, park i jeszcze kilka podobnych miejsc nie wchodziło w rachubę. Zastanawiał się, co też Ivan mu zaproponuje.
Pogrążony we własnych myślach nie zauważył zbliżającego się mężczyzny. Wzdrygnął się, a po ciele przeszedł mu lodowaty dreszcz słysząc przy uchu wypowiedziane szeptem „Cześć, kotku”. Odwrócił się powoli rejestrując wyższego do siebie blondyna, ubranego w pomarańczową bluzkę w serek, jeansowe spodnie i trampki. Włosy związał w niedbałą kitkę. Na twarz przykleił swój typowy uśmiech, który – jak dla Keitha – bił sztucznością na kilometr. Postanowił jednak nie komentować tego. Była mała szansa, że tylko mu się wydawało, a Bard ma po prostu taką twarz. Po warknięciu i zdenerwowaniu się na niego za przyprawienie o mini zawał serca, znaleźli się w windzie. Jadąc na dół zapytał towarzysza jakie mają plany. Odparł mu tajemniczy uśmiech sugerujący, że ma więcej nie pytać, dowie się na miejscu. I rzeczywiście się tego dowiedział. Po godzinie dreptali w stronę wielkiej hali. Domyślał się gdzie spędzą tę część dnia. W międzyczasie prowadzili ożywioną konwersację na temat kiepskiego filmu, z którego wczoraj wrócili do hotelu. Wybrali się na komedię niskich lotów, z małym budżetem i fatalną obsadą. Aktorzy wydawali się męczyć z przydzielonymi im rolami.

    - Tamta kobieta cierpiała, wypowiadając kwestię – zapewnił Ivan.
    - Tylko wtedy? – zarechotał. – Wydaj mi się, że zmuszała się do każdego gestu. Znawcą filmowym nie jestem, ale ślepy też nie. Nie było to ambitne kino, ale przynajmniej mogliśmy wyśmiać absurdy, których reżyser i montażysta nie zauważyli.
    - O! Jesteśmy na miejscu. Ta – da! – wskoczył przed niego i rozłożył zadowolony ręce. – Od wieków nie byłem na łyżwach. Mam nadzieję, że lubisz aktywny wypoczynek. Zwykle odpoczywam siedząc w domu, ewentualnie jeżdżąc motocyklem, ale z tego co pamiętam, jazda ze mną nie przypadła ci do gustu.
    - Bo kierujesz jak wariat – skwitował, po czym uśmiechnął się pod nosem. Był skłonny przypuszczać, że Ivan nie interesuje się łyżwiarstwem do tego stopnia, by wiedzieć, z kim ma do czynienia. Lecz nie przeszkadzało mu to. Cieszył się na możliwość wykorzystania czasu jaki im został w każdy sposób.
    - I jak, koteczku? Odpowiada? Czy mogłem wymyślić coś lepszego?
    - Jest w porządku – uśmiechnął się. – Ja też od wieków nie miałem łyżew na nogach – czasami mu się zdaje, że nigdy ich tak naprawdę nie zdejmuje.

W szatni przebrali obuwie, kurtek nie musieli zostawiać, na dworze było wystarczająco ciepło, by się bez nich obejść. Dostrzegał podekscytowanie mężczyzny, który nie kłamał, mówiąc, że dawno go na lodzie nie było. Przyszło mu na myśl, że gdyby mu na to pozwolił, z przyjemnością go podszkoli.
Nie żeby przeszkadzało mu używanie łyżew z wypożyczalni, w końcu wszystkie pary się czyszczone za każdym razem, jednak wolał jeździć na własnym sprzęcie. Mógłby go wziąć, gdyby Ivan go poinformował, gdzie idą. W końcu początkowo miał lecieć do Tokio na Mistrzostwa, a że w ostatniej chwili zmienił zdanie to inna bajka. W hotelu w walizce wszystkie niezbędne rzeczy używane do treningów czekały cierpliwie, aż znów ich użyje.
Zaobserwował pokaźną grupę ludzi opuszczającą lodowisko. Była to głównie młodzież z kilkoma dorosłymi, przypuszczał, że wycieczka licealna. Właściwie to wprawiło go to w zadowolenie, ponieważ nie musiał uważać gdzie jedzie i czy na kogoś nie wpadnie. Na oko znajdowało się tu piętnaście osób. Pierwotnym przeznaczeniem tego lodowiska były mecze hokejowe, czego dowodziły kolorowe oznaczenia liniowe oraz przezroczysta szyba chroniąca widownię przed uderzeniem krążka. Ivan stanął na lodzie pierwszy. Keith starał się ukryć rozbawienie i nie śmiać się z nieporadności mężczyzny. Ten trzymał się barierki i powoli przystawał z nogi na nogę. Zaś Owen wkroczył, mając łyżwiarstwo we krwi. Złapał blondyna za rękę, która nie ściskała z całej siły poręczy. Panując nad sytuacją chwycił go za drugą, wymachująca na wszystkie strony w panice.

    - Uspokój się, trzymam cię – jadąc tyłem, co nie sprawiało mu żadnych trudności, znaleźli się na środku lodowiska.
    - Kumam, chcesz się odegrać za szybką jazdę motocyklem – Bard rzucił mu oskarżycielskie spojrzenie. Sekundę później zmieniło się one w pełne przerażenia, kiedy został pozostawiony samemu sobie. – Wracaj tu, draniu! – stał nieruchomo bojąc się upadku.
    - Poważnie kiedyś jeździłeś? – Keith uniósł jedną brew splatając ręce na torsie. Poddawał w wątpliwość szczerość wcześniej wypowiedzianych słów przez znajomego.
    - Ależ oczywiście, kotku, ale dosyć dawno. Byłem jeszcze w podstawówce. No co robisz taką minę? – oburzył się, gdy zauważył jego wywracanie oczami. – Mówiłem, że to było dawno.
    - Zatem, pozwolisz jeśli nauczę cię tego i owego?

Nie czekając na odpowiedź podjechał do niego łapiąc oburącz. Zmusił Ivana do jazdy bez przytrzymywania się poręczy. Jadąc tyłek kontrolował ich szybkość poruszania się i kierunek. Instruował mężczyznę jak postępować, co dokładnie i po kolei robić, aby nie zaliczyć upadku. W olbrzymim pomieszczeniu rozbrzmiewała melodia „Time After Time”. To było dziwne przemyślenie, ale taka muzyka dodawała klimatu. Podobało mu się uczenie Ivana, mógł obserwować małe postępy, polepszenie umiejętności, oderwać się od typowych dla siebie ćwiczeń i co najważniejsze w przyjemnym towarzystwie dotrwać do końca dnia.

    - Wytłumacz mi, jak to możliwe, że na szpilkach radzisz sobie lepiej niż na łyżwach? – zrobili już drugie kółko, w międzyczasie rozmawiającą. Owenowi przeszło przez myśl, że wizja bliższej znajomości nie jest zła i będzie zadowolony, jeśli ze „znajomych” przejdą do czegoś więcej.
    - Kwestia przyzwyczajenia – wzruszył ramionami. – Za to ty radzisz sobie świetnie – usłyszał podejrzliwy głos, który sprawił, że się uśmiechnął. Powinien mu powiedzieć.
    - Bo jeżdżę na łyżwach nieprzerwanie do dzieciństwa – puścił mu oczko. – Jestem łyżwiarzem figurowym. Występuję w parach tanecznych ze starszą siostrą.
    - Heh – mruknął – a ja głupi zaproponowałem lodowisko jako coś, co miało zrobić na tobie wrażenie.
    - Liczy się gest, wiesz?

Nie pamiętał jak wiele czasu zleciało na tej formie rozrywki. Nie spoglądał na zegarek, kiedy zaczynali. Dopiero po opuszczeniu obiektu aktywności fizycznej dowiedział się, że dochodziła dwudziesta. Bez ogródek przyznał, że wszystkie chwile spędzone z Ivanem są ważne, co więcej, powiedział to na głos. Co miał poradzić? Tak właśnie się czuł. Zrelaksowany, spokojny, odprężony przed Mistrzostwami Świata. Zdawało mu się, że może zwojować świat. Niesamowity dla niego był fakt, jak potrafił się przez Bardem otworzyć. Ich pierwsze spotkanie postanowił puścić w niepamięć, choć od tego nieoczekiwanego zajścia się zaczęło. Zaczną ponownie, poznają się, a może któregoś dnia będą w stanie nazwać siebie przyjaciółmi. Pragnął odseparować go także od wszelkich kłopotów związanych z „Red Walls”. To miejsce nie było dla normalnych ludzi, nie chciał się dowidzieć o śmierci Ivana. Wierzył, że ma dobre serce, nie potrafiłby skrzywdzić żadnego człowieka, z wyjątkiem siebie. Dowiedział się o jego lekkim podejściu do życia i jeszcze lżejszym lub lekceważącym do śmierci. Miał ochotę wypytać go o mnóstwo rzeczy, ale w mógł zostać zignorowany albo uznany za natrętnego. Mimo początkowych oporów obiecał sobie skorzystać z okazji i poznać go lepiej. Będąc w „Hermesie” – powrót zajął im dwa razy więcej czasu niż droga do ośrodka rekreacyjnego, ponieważ po drodze zatrzymali się na piwo – zaproponował, by Ivan wstąpił do niego.

    - Nie miałeś przypadkiem jutro wyjeżdżać? Powinieneś się wyspać – odparł kierując się do swojego apartamentu. Owen postanowił improwizować.
    - Owszem, jednak są rzeczy, o których chciałbym porozmawiać – złapał go za nadgarstek. Nie wyrywał się. Posłusznie poszedł za nim na koniec czerwonego korytarza. Odblokował kartą magnetyczną drzwi i weszli do środka.

Ivan obrysowując wzrokiem kolejne pomieszczenia mógł stwierdzić, że ten apartament nie był tak bogato zdobiony i luksusowy jak jego, lecz nie brakowało mu klasy. Mimo braku elektronicznego kominka miał piękne zdobienia na ścianach, a widok z ogromnego okna wychodził na park. Kolorowe lampy także zrobiły na nim wrażenie, u siebie takich nie miał. Zresztą preferował jasne kolory, przeważnie biały lub beżowy, u Keitha wszystko tonęło w intensywnych barwach.
Zaproponowaną mu lampkę białego wina z ochotą przyjął. Usiedli naprzeciwko siebie, w dwóch wygodnych fotelach. Zauważył zdenerwowanie swojego towarzysza, więc powziął pierwszy.

    - Znów chciałeś zapytać o „Red Walls”? Nie mam nic więcej do powiedzenia na ten temat. Wiesz tyle ile wiem ja. Resztę trzymają w tajemnicy właściciele.
    - Nie, o coś prywatnego. O twoje przygody z mężczyznami – wypuścił ciężko powietrze, na co prychnął.
    - Pytasz mnie o seks? – założył nogę na nogę i odchylił się nieznacznie, aby oprzeć się na wygodnym fotelu. Zamieszał lampką z winem, kątem oka rzucił na Keitha, aż w końcu upił połowę trunku. Nie było go dużo, ale był mocny, co uświadomił sobie sekundę później.
    - Pojawiasz się w tamtym przeklętym klubie, uwodzisz mężczyzn i sypiasz z nimi. Dlaczego to robisz? Nie stać się na kogoś lepszego? Porządniejszego?
    - Koteczku, mam powody, by robić to, co robię. A tobie nic do tego, czyż nie? Jeśli chcę zakładać damskie ubrania i udawać kobietę, to będę to robił, aż do skutków.
    - Jakich? – nie dawał za wygraną.

Miał dosyć innych ludzi wtrącających wścibski nos tam, gdzie nie trzeba. Gówno mieli do jego życia, nic nie wiedzieli!

    - Nie chciałem cię w żadne sposób urazić. Martwię się. Nie zamierzam pozwolić ci doprowadzić się do tak opłakanego stanu, w jakim widziałem cię poprzednim razem.
    - Cholera, Ketih, żeby cię szlag trafił! Naprawdę świetnie się dzisiaj bawiłem, teraz wszystko zjebałeś.
    - Chciałem wiedzieć. Pomóc ci.
    - Następny, kurwa, obrońca i wybawiciel ludzkości – warknął podnosząc się gwałtownie. – Seks ze staruchami nie sprawia mi problemu dopóki mają kasę. Wiesz, co jest zabawne? Oni zawsze myślą, że wyrwali młodziutką, atrakcyjną dupę, która w rzeczywistości okazuje się facetem. Masz pojęcie jak wyglądają ich przerażone twarze, gdy zdają sobie sprawę, w co się wpakowali? Zwłaszcza, kiedy większość z nich to grube ryby, politycy albo biznesmeni? Uwielbiam wtedy patrzeć na tych skurwysynów. Im zależy tylko na pieprzeniu, a mnie na forsie. Idealnie się dopełniamy!

Lepiej, żeby Owen wziął na sobie odpowiedzialność za doprowadzenie go do furii. Jakim prawem ten drań wpierdala się nieswoje sprawy? Zupełnie jak Charlie! Obaj go wkurwiali, ale Deakin to przyjaciel, ten drugi to pierwszy lepszy facet, który się zlitował i pomógł mu. Skoro był taki ciekawy, to dostanie próbkę jego zdolności!
Pewnym siebie krokiem zbliżył się do siedzącego mężczyzny i z całej siły zepchnął go z fotela. Widząc, że upada na bok, a potem odwraca się na plecy złapał energicznie za ramiona i przygwoździł do podłogi. Usiadł na jego biodrach unieruchamiając ręce. Pochylił się, wpatrując się głęboko w jego jasne oczy.

    - Od wieków nie bzykałem się z młodym i przystojnym facetem, na którym można zawiesić oko. Koteczku, co powiesz na odrobinę szaleństwa? – na jasne usta wpełzł nonszalancki prowokacyjny uśmieszek. Był bardzo pewny siebie, jak zwykle, kiedy chodziło o seks.